Comber sarni w prezencie na urodziny.
 Oceń wpis
   

Po raz kolejny w ostatni weekend przyszło mi przekonać się, że niewiele, żeby nie powiedzieć, że wcale, jest rzeczy czy zdarzeń mogących równać się skalą przyjemności z wyprawieniem nieco bardziej uroczystego obiadu dla Moich Najbliższych! Panie Boże spraw, oby wiele następnych tego rodzaju wydarzeń przede mną!

Tym razem urodziny Seniora Rodu zobowiązywały do sięgnięcia do tradycji, najchętniej z jednoczesnym nawiązaniem tematycznym do obyczajów myśliwskich. Ponieważ w obiedzie szczęśliwie uczestniczyć miały Dzieci, postanowiłam wykluczyć jako zbyt silnie pachnące, być może pochopnie, bo kto wie? mięso dzika oraz jelenia. Bardzo mi zależało na zającu, ale świeżego już podzielonego na części znaleźć mi się nie udało (przy okazji, jeśli ktoś ma miejsce do polecenia - poproszę), a cały zamrożony zając jakoś przerósł nawet w wyobraźni moje możliwości wytrzymania. Na placu boju pozostała zatem sarnina, którą w dużym wyborze posiada Befsztyk na Puławskiej, wprawdzie okazało się, że świeżej akurat niet, ale mrożone piękne combry dojechały na szczęście w czasie wystarczającym do ich zamarynowania.

Przepis zaczerpnęłam z biblii zawsze niezawodnego Maćka Kuronia i jedynie lekko go zmodyfikowałam pod kątem upodobań Moich Bliskich. Rozmrożone combry sarnie w ilości aż czterech (jak się okazało dwa byłyby całkowicie wystarczające dla pięciu osób dorosłych i dwóch dorastających) wyfiletowałam starannie z najmniejszych żyłek i tłuszczyków, przekroiłam każdą sztukę w poprzek na pół i ciasno ułożyłam w naczyniu do marynowania, uważnie każde mięsko obtaczając w grubo zmielonej soli, pieprzu oraz utłuczonych owocach jałowca, całość lekko podlałam mocno pachnącym ginem, z braku klasycznej jałowcówki. Marynowałam przez dwanaście godzin.

Półtorej godziny przed rozpoczęciem urodzinowego obiadu obłożyłam każdy comber grubo krojoną w plastry słoniną i zalałam 200 ml klarowanego masła (myślę, że spokojnie można dać mniej, taką większą połowę). Wstawiłam do nagrzanego do 220 stopni piekarnika na dwadzieścia minut, po czym za radą Macieja Kuronia zmniejszyłam temperaturę do 180 stopni i piekłam kolejną godzinę. Wyjąwszy, zdjęłam i, ku rozpaczy co poniektórych, wyrzuciłam słoninę, a mięso zalałam zagotowaną śmietaną z mąką i odrobiną soku z cytryny. Piekłam jeszcze siedem minut.

Combry podałam wyjęte z pieca, cały sos z brytfanny zlewając do rondelka i porządnie zagotowując i serwując obok, wraz z klasycznymi tartymi buraczkami i tłuczonymi ziemniakami. Nadprogramowe combry z sosem goście zabrali na wynos, a urodzinowy obiad uznany został za udany :-)

Czego potrzebujemy?

-2 kg combrów z sarny,

- pół kg dobrej jakościowo słoniny,

- pieprz, sól, około 50 ziaren jałowca,

- dwa kieliszki ginu/jałowcówki,

- trzy kubeczki śmietany 18 procentowej,

- półtorej płaskiej łyżki mąki. 

Komentarze (6)
Czy sardynki pochodzą z Sardynii?
 Oceń wpis
   

  • Jak podaje encyklopedia kulinarna Larousse’a, to możliwe że nazwa niewielkich srebrnych rybek, znanych nam znakomicie z małych puszek, czyli bogatych w żelazo (tak, tak, odrabiam ostatnio również i tę lekcję!) sardynek pochodzi od nazwy przepięknej wyspy Sardynii, wokół której od starożytności ponoć były one poławiane. Czy jest to prawdą, dziś trudno byłoby potwierdzić doszukując się tego powiązania we współczesnej tradycyjnej kuchni Sardynii, bowiem przede wszystkim króluje tu mięso, pyszne i różnorodne pieczywo (w tym chleb całkiem płaski i chrupki, z powodu swojego podobieństwa zwany carta da musica), zniewalający ser kozi i owczy. Dlaczego? Otóż Sardyńczycy ponad wszystko na świecie od zawsze po dziś dzień cenili i cenią sobie wolność i niezależność – szczycą się tym, że nawet Juliusz Cezar ich nie podbił! To przetrwanie i nie poddanie się na przestrzeni wieków przede wszystkim zawdzięczali osadnictwu w głęboko niedostępnych wysoko i względnie daleko od brzegu położonych mieścinach i wioskach. Zatem wbrew oczywistym oczekiwaniom, rdzenna kuchnia Sardynii wcale nie obfituje w ryby i owoce morza, a także bardzo niewiele wspólnego ma z tak lubianą przez Polaków kuchnią włoską. Jednak i w tu znaleźć można wspaniałe wyjątki, do których niewątpliwie zaliczyć trzeba pasta bottarga, czyli jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, makaron z suszoną ikrą tuńczyka. W swojej prostocie wręcz mistyczne danie przygotowuje się mieszając ugotowany al dente makaron typu spaghetti z oliwą i startą suszoną ikrą, którą na Sardynii kupić można w każdym spożywczaku w postaci niezbyt apetycznie wyglądającego kilkucentymetrowego sprasowanego bloku w burym kolorze. Co za smak! Skoncentrowany do granic możliwości zapach i smak oceanu w połączeniu z genialną prostotą makaronu zniewala i nie pozwala o sobie zapomnieć, podobnie jak i cała wyspa z dzikością i niedostępnością górskich krajobrazów oraz szmaragdowym morzem otoczonym maleńkimi białymi piaszczystymi plażami w większości dostępnymi wyłącznie od strony wody. CUDO :-)

     

Komentarze (1)
Mango znakomite na wielki upał.
 Oceń wpis
   

Soczyste i dojrzałe, ale nie przejrzałe, mango pachnie i smakuje bardzo dalekimi i szczególnie egzotycznymi destylacjami, których ostatnio z wielu przyczyn troszkę mi brakuje. Dlatego też kiedy wyrośnięte i pięknie rumiane mango uśmiechnęły się do mnie ze straganu ulubionego Pana Warzywniaczka nie wahałam się ani chwili! Fakt, że poleżakowały jeszcze dwa dni w bardzo ciepłym i słonecznym miejscu tylko dodał im, niczym pięknym młodym dziewczętom, uroku nie do odparcia :-)

Obrane i pozbawione pestek pokroiłam w mniej niż pół centymetrowej grubości plastry i ułożyłam niczym carpaccio na pokrojonych również w plastry wzdłuż obranych świeżych i onieśmielająco pachnących ogórkach. Kompozycja dla każdego z nas zajęła cały duży talerz. Na wierzch wyłożyłam bardzo krótko przesmażone, wcześniej przez dwie godziny marynowane w mieszance sosu sojowego, oliwy, soku z limonki, miodu i siekanego wypestkowanego chili, duże krewetki. Wszystko obficie obsypałam mocno zrumienionym na suchej patelni ziarnem sezamu.

Całość dość soczyście udekorowałem sosem z jogurtu z lekką domieszką majonezu, niewielką ilością posiekanego chili oraz kilkoma kroplami oleju sezamowego i łyżką sosu sojowego. Oczywiście pieprz i sól do smaku. Danie wyszło znakomicie, pachniało i smakowało obietnicą dalekich i niezwykle egzotycznych podróży pełnych leniwych wieczorów obfitujących w obezwładniające dania i zawsze lodowate wino, spożywanych ze stopami utopionymi we wciąż jeszcze rozgrzanym upałem dnia piasku nad brzegiem ciepłego oceanu.

Potrzebujemy dla romantycznie nastrojonej pary:

- dwie sztuki mango

- dwa spore zielone długie ogórki

- trzy łyżki ziarna sezamu

- 250 gram dużych świeżych krewetek bez pancerzy

- marynata: 1/3 szklanki sosu sojowego, 1/3 szklanki oliwy, trzy łyżki pachnącego miodu, sok z połowy limonki, kilka wypestkowanych i posiekanych chili

- sos: kubeczek naturalnego jogurtu, dwie łyżki majonezu, kilka kropli oleju sezamowego, łyżka sosu sojowego, dwie małe wypestkowane papryczki chili drobno posiekane, sól, pieprz.

Komentarze (2)
Cudowne kobiety z Kaszub.
 Oceń wpis
   

  • Kiedy właśnie zakończył się finał TVNowskiego programu ‘gotuj o wszystko’ po raz kolejny wracam do ekscytujących wspomnień z Kaszub, a przede wszystkim do cudownych kobiet z Koła Gospodyń Wiejskich, które z sercem na dłoni i pełnym zaangażowaniem dzieliły się kulinarnymi i nie tylko sekretami pokoleń Kaszubek.

    Do dziś jestem pod gigantycznym wrażeniem sposobu życia, jaki One prowadzą. Po pierwsze w sześć spotykają się co tydzień, choćby się waliło i paliło, zawsze przed południem na sobotnią kawkę. Po drugie same wyrabiają wędliny, peklują mięsa, konserwują ogórki i oczywiście przygotowują przetwory. Po trzecie organizują życie całej lokalnej społeczności poprzez wysyłanie dzieci na wycieczki, a także organizację spływów kajakowych dla całej miejscowości oraz objazdów rowerowych. Po czwarte uczestniczą w równego rodzaju jarmarkach, festynach i typ podobnych popularyzując kuchnię i obyczaje Kaszubów z okolic Wdzydz. No i po piąte, każda z nich ma codzienną pracę zawodową oraz męża i dwoje-troje dzieci, a bywa że i wnucząt!!! Drogie Panie z Koła Gospodyń! Jesteście Cudownymi Kobietami! Jesteście Wspaniałymi Feministkami! Kapelusze z głów i najsłodsze pozdrowienia! No i wystartujcie koniecznie w tych wyborach samorządowych :-) Jestem pewna, że wygraną już macie w kieszeni.

    Jedna z tych fantastycznych kobiet, Ela, podzieliła się ze mną przepisem na świetne śledziki, które wyszły rewelacyjnie i pół ekipy telewizyjnej się zachwycało. Filety śledziowe kroimy w niewielkie kawałeczki na raz do buzi, lekko pieprzymy, marynujemy w oleju i niewielkiej ilości octu. Siekamy cebulkę i ogórki kiszone w drobniutką kostkę. Mieszamy ze śledziami oraz kilkoma łyżkami gęstej śmietany, pieprzymy. Podajemy z ziemniakami w mundurkach, czyli pulkami, jak mawiają Kaszubi.

    Powyższą recepturę nieco zmodyfikowałam na okoliczność kolacji typowo polskiej, jaką serwowałam ostatnio Bardzo Ważnemu Gościowi z zagranicy. Muszę przyznać, że wyznanie iż w salaterce znajduje się surowy marynowany śledź wywołało lekką z trudem ukrytą panikę na twarzy Naszego Gościa. Na szczęście dał się skusić i nawet zasmakowały Mu śledziki jeszcze bardziej po polsku, ponieważ wymieszane wyłącznie z małosolniaczkami oraz majonezem pół-na-pół wymieszanym ze śmietaną – to ostatnie również za radą Eli, podane tym razem z razowym chlebem.

    Śledziki w alternatywnych przepisach:

    - trzy, cztery dobrej jakości filety śledziowe typu matias

    - trzy, cztery ogórki kiszone lub małosolne

    - ewentualnie pół drobno posiekanej cebulki

    - kilka łyżek śmietany lub śmietany wymieszanej z majonezem

    - świeżo mielony pieprz. yle=""> 

     

Komentarze (1)
Tajemnicze chimichurri i argentyńskie steki już w wawie.
 Oceń wpis
   

Obiecałam wrócić do pięknych i bardzo kolorowych wspomnień z Buenos Aires i okazja nadarzyła się ostatnio w postaci dziękczynnej kolacji dla bardzo męskich i bardzo przystojnych, toteż niewątpliwie mięsożernych gentelmanów, której głównym punktem programu stały się krwiste steki.

Ponieważ tydzień temu jedliśmy przepysznie w cudnej francuskiej knajpce w Sopocie, o czym również będzie niebawem, gdzie mojego Ukochanego zachwycił stek z wołowiny sprowadzonej z Francji pochodzącej z bydła rasy Limousine, postanowiłam tym razem nie eksperymentować i w ulubionym Befsztyku na Puławskiej również zakupiłam antrykotowy fragment młodej wołowiny tejże rasy, wedle zapewnień hodowanej na naszych rodzimych Mazurach, a więc potencjalnie mającej do pokonania znacznie krótszy  niż jej argentyńska siostra odcinek drogi do naszej patelni ;-)

Po oddzieleniu, ku uciesze Psa Misterka, fragmentów tłuściutkich i innych niezbyt pęknie się prezentujących, mięso pokroiłam w grube na trzy-cztery centymetry plastry i lekko dłonią je rozpłaszczyłam. Wrzuciłam na bardzo rozgrzany olej i smażyłam po cztery minutki z każdej strony, w między czasie obficie posypując świeżo mielonym pieprzem.

Podałam w towarzystwie pieczonych z tymiankiem i rozmarynem batatów (oczywiście!) oraz tajemniczego przywiezionego prosto z Buenos dodatku zwanego CHIMICHURRI, który lokalnie podawany do steków jest zawsze, choć nie wszyscy go używają. Składa się z oleju słonecznikowego, oliwy z oliwek, octu, wody, papryczki, oregano, soli, sproszkowanego chili, pietruszki, bazylii i czosnku. Dla niektórych, jak okazało się podczas sobotniej kolacji, to nieco zbyt ostry dodatek.

Tak czy owak steki wyszły pachnąco i smakowicie, w wersji pół na pół czy jak inni wolą ‘medium’.

Następnym razem z pewnością na koniec pokuszę o zrobienie pysznego sosu do steków inspirowanego… oczywiście wizytą w Cyrano & Roxanne w Sopocie.

Potrzebujemy:

- około 300 gr młodej wołowiny rasy Limousine lub argentyńskiej

 

- olej do smażenia

 

- grubo zmielony pieprz

 

- solimy dopiero na talerzu, żeby z mięsa nie wydzielił się nam sos oraz żeby na patelni nie stwardniało.  



Komentarze (2)
Kaszubski żurek wielkanocny, czyli ćwierćfinał GOTUJ O WSZYS
 Oceń wpis
   

Telewizja to definitywnie inny świat równoległy! Było niewątpliwie super to wszystko przeżyć – fantastyczna przygoda i jedno z najbardziej wymagających wyzwań jednocześnie :-)

W moim przypadku również jednym z największych bonusów telewizyjnej przygody stało się poznanie absolutnie przecudownych KOBIET z Koła Gospodyń Górki, za co jestem przeogromnie wdzięczna i bardzo dziękuję i o czym, a właściwie o KIM, będzie już następnym razem.

Tym razem natomiast na prośbę zainteresowanych ;-) jeszcze przed Wielkanocą szybciutki przepis na bardzo prosty żurek, który ku mojej największej satysfakcji spotkał się z solidnym aplauzem i stosownym vox populi poparcia Kaszubów, a także ekipy telewizyjnej.

W sporym garnku gotujemy na włoszczyźnie i kilku suszonych grzybach wywar, z towarzyszeniem sporej ilości ziela angielskiego, pieprzu w ziarnach oraz kilku listków laurowych. Kiedy się zagotuje dodajemy białą kiełbasę w całości. W między czasie na patelni obok mocno, za radą Eli z Koła Gospodyń, wysmażamy spory kawał pociętego w paski tłustego wędzonego boczku, który razem z wytopionym tłuszczykiem wlewamy do naszego wywaru i gotujemy dalej. Patelnia natomiast teraz posłuży nam do zeszklenia posiekanej drobno cebulki, którą w efekcie wraz rozgniecionymi ząbkami czosnku, również dodamy do bulgoczącego wywaru wraz ze stosowną (wedle gustu i smaku) ilością żuru/zakwasu z butelki. My z Elą dodałyśmy aż litr na około trzy litry wywaru!

Solimy, sporo pieprzymy, lekko cukrzymy, wrzucamy garść suszonego majeranku i czekamy nad bulgocącym odkrytym garnkiem aż nabierze mocy nasz wielkanocny żurek. Na sam koniec dodajemy sporo śmietany dobrze wymieszanej z mąką, zaciągamy.

Z żurku wyjmujemy białą kiełbaskę i kroimy ją dość drobno w kawałki na jeden kęs, które układamy w głębokim talerzu wraz z przeciętym na pół jajkiem na twardo. Całość zalewamy żurkiem, podajemy!

Potrzebujemy:

- około pół kg tłustego i esencjonalnego boczku

- trzy do sześciu białych kiełbasek

- kilka suszonych grzybów

- dwie marchewki

- mały kawałek selera

- białą część sporego pora

- dwie cebule

- cztery ząbki czosnku

- żur/zakwas w butelce

- sól, pieprz w ziarnach, ziele angielskie, liście laurowe, majeranek

- kubek śmietany

- dwie czubate łyżki mąki

- po jednym ugotowanym na twardo jajku na osobę.

 

 

Komentarze (1)
Saltimbocca alla romana, czyli kotleciki cielęce.
 Oceń wpis
   

Saltimbocca alla romana, czyli kotleciki cielęce z szałwią i szynką parmeńską.

Zauważyłam, że ostatnio częściej piszę o propozycjach na rodzinny obiad niż ekscytujących dopalaczach seksownych randek – cóż, znak czasów ;-) bardzo ciepły i sympatyczny skądinąd!

Ponieważ na rodzinnych obiadach, tych weekendowych w szczególności, zawsze zakładamy obecność dzieci, potrawa taka spełnić musi nie lada wymagania. Jak już wiemy, moje Dziewczyny nie przepadają za niewątpliwie bardzo zdrową rybką, tym samym gotowanie staje się nie lada wyzwaniem.

Kilka tygodni temu przetestowałam (z powodzeniem!) klasykę kuchni włoskiej, w szczególności rzymskiej, czyli kotleciki cielęce - w oryginale saltimbocca alla romana, w dosłownym tłumaczeniu ‘(w)skocz do ust’. I muszę przyznać, że na rodzinny obiad jest to pomysł wręcz doskonały.

Jak ze wszystkim, kluczowa w tej potrawie będzie jakość produktu, czyli dobrze jest mieć zaprzyjaźnionego Pana w sklepie mięsnym, który zorganizuje nam piękny kawałek świeżej i młodej szynki cielęcej, którą starannie kroimy na około półtoracentymetrowej grubości kotleciki, oczywiście jak zawsze w poprzek włókien.

Każdy kotlecik rozbijamy przy pomocy tłuczka, jednocześnie rozładowując ewentualnie narosłą podczas tygodnia pracy złą energię ;-) Solimy delikatnie, mocniej pieprzymy. Na każdego kotleta kładziemy jeden do dwóch listków świeżej szałwii (koniecznie powąchajcie, jak zniewalająco pachnie), które przykrywamy plastrem prawdziwej szynki parmeńskiej. Spinamy wykałaczką i oprószamy mąką, oczywiście z pełnego przemiału.

Kiedy wszystkie kotleciki mamy już przygotowane, rozgrzewamy mocno olej i smażymy po około cztery minuty z każdej strony. Ja podałam je z tłuczonymi ziemniakami i sałatą z pomidorkami truskawkowymi, ale myślę, że świetnie by pasowało do nich klasyczne risotto milanese, ale też frytki czy pieczone z rozmarynem ziemniaki.

Potrzebujemy:

- około kilograma cielęciny

- krzaczek świeżej szałwii

 - tyle plastrów szynki parmeńskiej, ile kotlecików

- sól, pieprz, mąka.

 



Komentarze (0)
Campo dei Fiori, trofie i Żubrówka.
 Oceń wpis
   

Po raz kolejny cieszę się połączeniem składników pochodzących z definitywnie różnych kultur. Genezą powstania poniższego makaronu stało się otrzymanie dwóch cudnych prezentów: suszonych pomidorów prosto z Campo dei Fiori w wiecznym mieście Rzymie, przywiezionych przez moją Bratową Monikę oraz fantastycznego duetu wódek Żubrówek ubranych w modne żubranka zaprojektowane przez celebrycką parę Oliviera Janiaka i jego żony Karoliny.

Na dobrze rozgrzanym oleju przesmażyłam drobno posiekany czosnek. Kiedy zapachniał, dorzuciłam pokrojone w paski PRZEPYSZNE prawdziwe suszone pomidory oraz dwie minuty później kilka kostek lekko już rozmrożonego szpinaku w całych liściach, posoliłam, popieprzyłam, wlałam więcej niż pięćdziesiątkę kultowej Żubrówki, chwilę odczekałam na bardzo silnym ogniu celem odparowania alkoholu i przykryłam pokrywką, uprzednio dorzuciwszy skruszoną w dłoniach łyżkę suszonego czerwonego pieprzu.

W między czasie dogotowywał się jeden z moich najbardziej ulubionych rodzajów makaronu, czyli trofie (w niektórych sklepach mamy szansę kupić je świeże, a nie suszone – polecam!) tym razem w wersji trójkolorowej.

Makaron, kiedy już z powodzeniem doszedł, odcedzony wymieszałam z makaronem oraz posypałam świeżo zmielonym pieprzem oraz startym parmezanem. O fantastycznym zgraniu tego międzynarodowego duetu najlepiej opowiedzieć by mogły szczęśliwe pary polsko-włoskie: dużo ognia, dużo namiętności, zero obojętności. I o to chodzi!

Dla dwóch osób potrzebować będziemy:

- sześć ząbków posiekanego czosnku;

- siedem – osiem pokrojonych w paski suszonych pomidorów;

- pięć kostek/serduszek mrożonego szpinaku w całych liściach;

- pięćdziesiątka Żubrówki

- sól, pieprz, łyżka suszonego czerwonego pieprzu

- połowa opakowania makaronu typu trofie

- starty parmezan do posypania.

 



Komentarze (2)
Co za tydzień! - "Gotuj o wszystko"
 Oceń wpis
   

Cóż o był za tydzień! Udało się wygrać casting Dzień Dobry TVN i firmy KAMIS w konkursie ‘Gotuj o wszystko’!

Cóż to były za emocje! Spędziłam naprawdę niesamowity dzień w studiu u zbiegu Hożej i Marszałkowskiej: zobaczyć to wszystko od środka, te tłumy ludzi z ekipy realizującej przedsięwzięcie, tę fantastyczną atmosferę dalece odbiegającą od stereotypu telewizji warczących na siebie osobników, jaką większość z nas nosi w głowie – naprawdę bezcenne!

Był to już czwarty, a zarazem ostatni, casting, w którym udział wzięło trzynaście rewelacyjnych kobiet. Co do zasady tematyczny, tym razem zakładał defoultowe użycie makaronu penne. Nie ukrywam, że odetchnęłam z ulgą, bowiem w poprzednich castingach w roli głównej występowało między innymi… jajko. Kiedy dostałam spis pozostałych dostępnych produktów, miałam w głowie co najmniej pięć różnych sosów, ale wobec istotnie z każdą minutą rosnącego stresu, a także presji czasowej wybrałam absolutny klasyk, czyli rozszerzoną o mocno przesmażoną szynkę oraz cukrowy groszek wariację na temat penne Alfredo, czyli ulubioną pastę Zuźki, Marii i Lulki. W ferworze gotowania w obstrzale kamer, a przede wszystkim przed obliczem Wysokiego Jury, zapomniałam w odpowiednim momencie dorzucić groszek, a potem było już za późno… Nic to! Kiedy wyszłam, dotarło do mnie z całą mocą, że zapomniałam również dodatkowo osolić danie – na szczęście zarówno szynka, jak i parmezan, a także lekko osolona celem uniknięcia przykrych niespodzianek śmietanka, okazały się być wystarczająco słone :-)

Niewątpliwie największą satysfakcją, tuż obok wygranej w postaci otrzymanego z rąk Jury wałka w roli przepustki do programu był komentarz, że to właśnie moje penne najbardziej smakowało. Ta świadomość niesie mnie na skrzydłach! Trzymajcie za mnie kciuki w następnym etapie :-). 

Więcej o tym fascynującym konkursie w tym miejscu dziendobrytvn.plejada.pl/27,28210,news,1,1,trwa_konkurs_gotuj_o_wszystko,aktualnosci_detal.html 

Przepis na penne z castingu do ‘Gotuj o wszystko’, wyjątkowo w ilości na jedną porcję:

- pół cebuli dymki;

- dwa małe ząbki czosnku;

- 3 x 7 x 2 cm kawałek szynki, pokrojony w niezbyt drobną kostkę;

- 1/3 szklanki tłustej śmietanki;

- mały kawałek drobno startego parmezanu;

- dwie łyżki typu chochla ugotowanego trzykolorowego makaronu penne;

- do towarzystwa garść rukoli i dwa przecięte na pół pomidorki polane oliwą truflową.

Na dwóch łyżkach masła przesmażamy dość drobno posiekaną cebulkę, dorzucamy posiekane ząbki czosnku i chwilkę później szynkę, mieszamy i trzy minuty później dolewamy posoloną śmietankę. Pieprzymy solidnie nasz sos. Dorzucamy trzy czwarte startego parmezanu. Na patelnię dorzucamy penne, potrząsamy patelnią, wykładamy na talerz. Obok kładziemy rukolę, na niej przecięte na pół pomidorki i całość lekko skrapiamy oliwą truflową. Voila!

 

 

Komentarze (4)
TARTIFLETTE, czyli pachnące wspomnienie z Alp.
 Oceń wpis
   

 

W odpowiedzi na przedłużającą się zimę, a także jako zapowiedź zbliżających się ferii, na wyraźne życzenie Mojego Ukochanego Brata przyrządziłam ostatnio klasyczną tartifletkę.

Tartiflette, czyli pochodząca z górnej Sabaudii regionalna zapiekanka, wspaniale rozgrzewa, zapachem i smakiem przypominając najpiękniejsze narty w zawsze słonecznych Francuskich Alpach. Znakomita jest również z powodu banalnie prostego i szybkiego przygotowania.

  • Potrzebować będziemy około 1,5 kg ziemniaków. Nie do wiary, ale mnie udało się kupić pierwsze młode kartofelki, okrągłe, malutkie, dokładnie umyte, gotowały się w koszulkach niespełna dwadzieścia minut.

    W między czasie na dobrze rozgrzanej patelni przesmażamy kilka posiekanych w piórka szalotek, kiedy lekko się zeszklą, dorzucamy grubo posiekany bekon. Ja użyłam dość chudego wędzonego bekonu i szynki prosciutto crudo w proporcji pół na pół. Smażymy około dziesięciu minut. Pod koniec dodajemy kubeczek tłustej pond dwudziestoprocentowej śmietany.

    W dużym żaroodpornym naczyniu obficie i na bogato wysmarowanym masłem układamy warstwę pociętych na około półtoracentymetrowej grubości plasterków ziemniaków, na które wykładamy połowę naszego ‘sosu’. Czynność powtarzamy, a wierzch drugiej warstwy sosu wieńczymy przekrojonym wzdłuż na pół serem Reblochon.

    To bardzo słynny ser właśnie z Sabaudii, strzeżony znakiem oryginalności regionalnej AOC/AOP, wyrabiany jest w zaledwie kilku departamentach, w tym Annency, Albertville i czterech innych, z krowiego mleka, dojrzewa od dwóch do czterech tygodni. Ma charakterystyczny słodkawo-lekko-orzechowy smak, pomarańczową skórkę, absolutnie boską kremową konsystencję i zapach… którego nie da się pominąć milczeniem. Ten ser śmierdzi TAK, że słowami nie sposób tego opisać, wskutek czego konsumowany powinien być wyłącznie zimą, natomiast przechowywany wyłącznie na zewnątrz, na parapecie, balkonie, tarasie – byle nie od południowej strony ;-) Osobiście go uwielbiam!

    Jeśli nie uda nam się kupić reblochona, możemy użyć innego kremowego pleśniowego sera. Moja tartifletka została uwieńczona francuskim ‘serem do tariflette’, kupionym w carrefourze. Sprawdził się znakomicie.

    Potrawa ta jest niezwykle wręcz tłusta, kaloryczna, ciężkostrawna i PRZEPYSZNA! ROZGRZEWAJĄCA! KOJĄCA! Na niekończącą się tegoroczną zimę wprost wymarzona :-)

    Potrzebujemy:

    -1,5 kg ziemniaków,

    - sześć do ośmiu posiekanych w piórka szalotek lub dwie zwykłe cebule,

    - dziesięć plastrów wędzonego bekonu,

    - dziesięć plastrów szynki crudo,

    - kubeczek 22% śmietany,

    - sól, świeżo zmielony pieprz, gałka muszkatołowa,

    - jednen lub dwa sery Reblochon (standardem jest krążek o średnicy 13 cm)  

     

     

     

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |