Garam masala, czyli nie zawsze curry.
 Oceń wpis
   

Poniższy przepis wprost idealnie nadaje się na taki wieczór, jak dziś. Na zewnątrzleży brudny śnieg, ale nie zdążysz go zobaczyć, bo jak to w listopadzie, pracy tyle, że naraz odbierasz trzy telefony, w między czasie odpowiadając na maile i zgrywając terminy. Wszyscy nie mają pół sekundy wolnego czasu…

Więc po pierwsze, żeby się rozgrzać, po drugie, żeby zobaczyć piękne kolory (i uwierzyć, że one wciąż istnieją), po trzecie, żeby rozpalić wolę życia oraz chęci na ciąg dalszy wieczoru inny niż nieprzytomne pochrapywanie na kanapie, najlepiej zrobić curry, które pachnie wakacjami :-) w moim przypadku londyńskimi, bo to właśnie tam zdarzyło mi się jeść najpyszniejsze na świecie ;-)  Nie bez znaczenia jest również fakt, że zrobienie całego dania zajmie zapewne mniej czasu niż przeczytanie o nim.

I tu tkwi najpiękniejsza cecha tego przepisu: otóż można go bezproblemowo zastosować do krewetek (oczywiście!), ale też ryby czy warzyw.

Dlaczego więc w tytule znajduje się ‘garam masala’? Otóż jest to podobnie jak curry mieszanka przypraw, mojemu gustowi znacząco bardziej odpowiadająca, taka bogatsza w gorący orientalny smak cynamonu i może nieco więcej w nim wyczuć można imbiru. Dla nieortodoksyjnych smakoszy różnica pomiędzy curry i garam masala może być rozkosznie niewyczuwalna.

Zaczynamy od obrania i drobnego posiekania dwóch cebuli, jak zwykle namawiam do białej cukrowej, ale zwyczajna również będzie bardzo dobra. Płuczemy i rozmrażamy krewetki (jeśli) lub kroimy rybę na kawałki, wielkości na-raz-do-buzi. Obieramy dwa pomidory. Proponuję w małym garnku zagotować wodę w takiej ilości, żeby po zanurzeniu pomidora w całości go zatapiała. Do gotującej się wody wkładamy na około minutę pomidora, po wyjęciu skórka powinna sama schodzić (niektórzy przed włożeniem do wody nacinają warzywa na przeciwnym biegunie niż szypułka, ale i bez tego skórka zejdzie, więc mnie to się wydaje zbędne). Przecinamy pomidora na pół i wycinamy tzw. gniazda nasienne – fu! kto wymyślił tak nieapetyczną nazwę?? Tak czy owak poza skórką pozbywamy się również mokrego środka pomidorów, tak spreparowane dość drobno siekamy. Pod ręką przygotowujemy słoiczek z garam masala lub curry, jeśli używamy przypraw w wersji mokrej  (pasta) zdecydowanie polecam brytyjskiej (a jakże!) firmy PASCO Spices and Herbs spokojnie dostępnej w większości sklepów, jeśli w wersji sypkiej, to proponuję dokonać samodzielnej selekcji, ponieważ ja nie przepadam za taką formą akurat tych mieszanek ;-) Również pod ręką przygotowujemy puszkę mleczka kokosowego.

Rozgrzewamy olej i wrzucamy cebulę. Kiedy się zeszkli, w razie listopadowego zagapienia się, nie zaszkodzi jej nawet kiedy delikatnie się przypali. Dorzucamy posiekane pomidory, intensywnie mieszamy. Po kilku szybkich minutach dokładamy na patelnię dwie czubate łyżki garam masala, jeśli dysponujemy wersją łagodną, jeśli inną – sądzę że łyżka z powodzeniem wystarczy (jeśli używasz sypkiej przyprawy lepiej będzie rozprowadzić ją na patelni przed wrzuceniem pomidorów, skorzysta z tłuszczu na którym smażymy cebulę, co do ilości na wszelki wypadek proponuję jednak zerknąć na wskazówki na opakowaniu – zakładam, że po kolacji chcemy jeszcze odczuwać jakieś smaki ;-)

W między czasie na osobnej patelni przesmażamy bardzo krótko i na mega ogniu krewetki/rybę wraz ze zmiażdżonymi dwoma ząbkami czosnku, (jeśli nie wiesz jak się miażdży czosnek spójrz do mojego pierwszego wpisu) po czym dorzucamy na patelnię z garam masala, natychmiast wlewamy również ¾ puszki mleka kokosowego, intensywnie mieszamy, zagotowujemy i … gotowe :-)

W moim domu podaje się to danie na dzikim ryżu mieszanym z białym, całość obficie obsypując grubo posiekaną świeżą kolendrą.

Zdaniem niektórych, często karmionych ;-) to najpyszniejszy sposób na krewetki.

Co potrzebujemy?

- pół kilo krewetek obranych surowych zamrożonych lub ryby

- dwie cebule

- dwa raczej większe pomidory

- dwa ząbki czosnku

- pasta garam masala lub curry

- puszka mleka kokosowego

- ryż biały z dzikim

- pęczek kolendry.



Komentarze (3)
Krewetki nie koniecznie po rzymsku ;-)
 Oceń wpis
   

Kontynuując mój ulubiony temat krewetek, proponuję przejść do krewetek, które w wielu knajpach nazywane są rzymskimi, choć przyznam, że akurat w Rzymie z takowymi się nie spotkałam… Być może jest to dokładnie taka sama historia, jak z kawą po turecku, która nota bene w Moskwie jest nazywana kawą po polsku (ponoć podawana jest z cytryną), o której oczywiście nikt w Turcji nie słyszał czy fasolką po bretońsku, na myśl o której każdy Francuz, a Bretończyk (których na ich własną prośbę do Francuzów nie zaliczamy;-) w szczególności, przeżegnałby się nogą.

Krewetki te charakteryzują się skandaliczną kalorycznością i niebotycznym poziomem cholesterolu, toteż dobrze jest rozpieszczać nimi jedynie od czasu do czasu.

A więc zaczynamy tradycyjnie, czyli płuczemy krewetki (i tu bez ustępstw, czyli największe, jakie mieli w sklepie), siekamy kilka ząbków czosnku i kilka papryczek chili, mieszamy opakowanie tłustej śmietany z płaską łyżeczką mąki i dwiema szczyptami soli (żeby nam się nie zsiadła, kiedy mieszać ją będziemy z gorącymi krewetkami na patelni) oraz pod ręką stawiamy koniak (oczywiście nie będziemy tu lobbować za francuską szowinistyczną wąsko terytorialnie zakreśloną gałęzią przemysłu – z powodzeniem może być również brandy).

Rozgrzewamy olej, wrzucamy czosnek i papryczki, kiedy zapachną wrzucamy krewetki oraz obficie podlewamy koniakiem/brandy, odważni go podpalają na patelni, ja jakoś zawsze obawiam się o własne włosy oraz sąsiadujące z kuchenką ściany i tp, więc po prostu odparowuję na bardzo dużym ogniu alkohol.

Kiedy krewetki staną się intensywnie różowe wlewamy na patelnię przygotowaną wcześniej śmietanę, uprzednio zdjąwszy z ognia, dodajemy również płaską łyżeczkę cukru. Po wymieszaniu zagotowujemy zawartość i odczekawszy kolejne trzy minutki podajemy. Fantastycznie smakują z ryżem tradycyjnym wymieszanym z dzikim – na szczęście sprzedają już taki gotowy do gotowania w torebkach.

Danie ze względu na składniki wyłącznie dla dorosłych ;-)

Potrzebować będziemy:

- pół kilo krewetek

- 5-6 ząbków czosnku

- 8 papryczek chili

- jeden kubeczek tłustej śmietany

- płaska łyżka mąki

- płaska łyżeczka cukru

- dwie szczypty soli

- brandy

- ryż dziki mieszamy ze zwykłym.

 

 

 

Komentarze (0)
Krewetki najprostsze na świecie.
 Oceń wpis
   


  • Wracając do naszych wypasionych 'świeżych', czyli mrożonych bez obgotowania krewetek, to niewątpliwie najłatwiejsze do przygotowania będą najprostsze  najbardziej ukochane przez mojego ukochanego krewetki smażone z czosnkiem, czyli coś co na pewno już chociaż raz w życiu jedliście.

    Tradycyjnie dla dwóch osób potrzebować będziemy pół kilograma krewetek, tych w najbardziej ulubionym moim rozmiarze w takim opakowaniu będzie 16 do 20 sztuk. Do tego około 6-7 sporych ząbków czosnku oraz kilka papryczek chili.

    Krewetki płuczemy, rozmrażamy, czosnek po obraniu siekamy (przy okazji, jeśli do tej pory z trudem odrywasz skórkę z czosnku, proponuję położyć ząbek czosnku na desce do krojenia lub wprost na blacie i zmiażdżyć go kładąc na nim ostrze noża na płasko i dociskając dłonią – wyłuskany ząbek czosnku uwolni się sam:-). Siekamy również papryczki, uprzednio pozbawiwszy je pestek, które są samym piekłem.

    Rozgrzewamy olej i wrzucamy czosnek oraz papryczki, kiedy tylko intensywnie zapachnie dorzucamy krewetki i smażymy aż wszystkie będą łakomie różowe, z pewnością jednak nie dłużej niż pięć do siedmiu minut. I już! Można na koniec dodać jeszcze posiekaną pietruszkę, a w między czasie smażenia wlać pół szklanki białego wytrawnego wina. Sekretem całego procesu jest bardzo wysoka temperatura smażenia. 

    Do tego świetnie pasują prawdziwe grzanki, a więc takie z pieca z masłem czosnkowym. Najszybszy sposób na takie masło to roztopić odpowiednią, czyli oczywiście dużą, ponieważ grzankom tym nie sposób się oprzeć i znikają one z reguły w tempie nawet większym niż królewskie krewetki, masła, ale nie pozwolić mu wrzeć, dorzucić posiekanych kilka ząbków czosnku oraz posiekane pół pęczka świeżej pietruszki. Układamy na blasze kromki bułki (w moim odczuciu najlepsza do tego celu jest swojska bułka wrocławska) smarujemy każdą z nich tymże spreparowanym masłem i wstawiamy do piekarnika na góra 10 minut przy temperaturze około 200’C, dobrze smakują również dodatkowo z serem żółtym.

    Klasykę takich krewetek przyrządza mój świetnie gotujący starszy brat, który na skwierczący olej z czosnkiem i chili wrzuca krewetki, ale w pancerzach i potem podaje je wprost z patelnią na stół i zaczyna się rytuał, czyli obieranie i pałaszowanie parzących i tryskających na wszystkie strony skorupiaków. Po francusku zagryzane są bagietką, którą wylizywana do ostatniej kropli oliwy jest patelnia. Na koniec największe łakomczuchy oblizują palce aż po łokcie, nie koniecznie własne ;-).

    Co potrzebujesz dla dwóch osób:

    - pół kilo krewetek

    - 6-7 sporych ząbków czosnku

    - kilka papryczek chili

    - olej do smażenia

    - opcjonalnie pół szklanki wytrawnego bałego wina

    - opcjonalnie pęczek świeżej pietruszki

  • Na grzanki:

    - pół bułki wrocławskiej

    - 4 ząbki czosnku

    - pół pęczka pietruszki

    - opcjonalnie ser żółty


Komentarze (3)
Zacznijmy od krewetek.
 Oceń wpis
   

Jedną z największych przyjemności na świecie bez wątpienia jest jedzenie, to co mnie sprawia największą przyjemność to gotowanie i dzielenie się tą przyjemnością z innymi, najchętniej najbliższymi – taka karma: przekazywany z pokolenia na pokolenie w linii kobiecej imperatyw – kocham, więc karmię.

Jeśli więc zjawisz się niezapowiedziany w moim domu, czy będziesz głodny czy nie, z pewnością za chwilę dłuższą lub krótszą będziesz już jadł. W prywatnym rankingu karmionych bliskich i przyjaciół na pierwszym miejscu znajdują się krewetki, od nich więczacznę.

Wierzę, że są osoby, którym naprawdę sprawia przyjemność jedzenie krewetek tzw. koktajlowych, a więc małych różowych robaczków o długości ciała nie przekraczającej dwóch centymetrów, jeśli jednak chcielibyśmy poznać prawdziwy smak krewetek, proponuję po pierwsze skupić uwagę na rozmiarze, jednak im większe tym lepsze (choć i droższe) oraz na ich świeżości, czyli fakcie zamrożenia tuż po złowieniu bez ich obgotowywania, na co wskazuje szary kolor (różowieją zawsze pod wpływem wysokiej temperatury).

W Warszawie najlepsze krewetki sprzedają w sieci sklepów z orientalną żywnością, które mają swoje punkty w większości centrów handlowych (np. Galeria Mokotów czy Arkadia), ja kupuję u nich na ul. Poznańskiej na odcinku między Piękną a Wilczą (nomen omen naprzeciwko Szkoły Gastronomicznej - ciekawe czy mają tam zajęcia z krewetek). Tam też najświeższa (bo też i tylko taka ma sens, czyli obezwładniający zapach i smak) kolendra, która jest ziołem niewątpliwie kontrowersyjnym, warto przełamać się jeśli pierwszy raz nie wiąże się w Waszej pamięci z najlepszymi wrażeniami, przy następnych rozpłyniecie się z rozkoszy.

I tu dochodzimy do pierwszego przepisu, którym z radością się podzielę, ponieważ jest nieskomplikowany, szybki i, co nie mniej ważne, wywołujący naprawdę spektakularnie oszałamiający efekt.

Na każde dwie osoby potrzebujemy pół kilo krewetek (ja używam już obranych, ale można przed smażeniem swobodnie je oskubać samodzielnie z pancerzy, pamiętamy żeby wyjąć ciemną żyłkę na grzbiecie). Jeśli to będzie tylko przystawka, taka ilość wystarczy nawet na cztery osoby.

Zaczynamy od ich opłukania i rozmrożenia. Kroimy dwie średniej wielkości cebule (moim zdaniem najłagodniejsze, a także nie powodujące ryków nad deską, są cukrowe, czyli białe). Jeśli masz super wrażliwe oczy, zawsze obieraj je i krój zaczynając od góry. Obieramy również i bardzo drobno siekamy spory korzeń imbiru (około 8 cm długości), tak samo postępujemy z czterema-pięcioma dużymi ząbkami czosnku;  siekamy kilka papryczek chili lub piri piri (ile tych papryczek pozostawiam do Waszej decyzji, przy pięciu będzie delikatnie szczypiące, ja z reguły dodaję około dziesięciu, koniecznie ze środka usuwamy pestki, warto to zrobić, w innym przypadku popłaczemy się z bólu już przy pierwszym kęsie;-).

Siekamy pęczek kolendry i tu bez ustępstw – ona po prostu musi być świeża! Pod ręką stawiamy miód i przystępujemy do działania, którego efekty będą już za maksimum siedem minut. Na bardzo gorący olej wrzucamy w pierwszej kolejności cebulę (jeśli olej będzie za mało rozgrzany po pierwsze w całym pomieszczeniu zapachu jeszcze długo nie da się wywietrzyć, po drugie cebula zamiast się uroczo zeszklić i dumnie przysmażyć na chrupko, udusi się, a po co komu biedna uduszona cebula), tuż przed tym kiedy już będzie szklista dorzucamy imbir i trzy minuty później papryczki, po kolejnych trzech minutach wrzucamy krewetki, cały czas nie zmniejszamy ognia. Kiedy krewetki w przewadze już będą się różowić, polewamy je dwiema czubatymi łyżkami miodu, mieszamy, po kolejnych dwóch minutach wrzucamy kolendrę, mieszamy już ostatni raz i podajemy.

Warto wiedzieć, że danie to poza oczywistym faktem, że jest przepyszne ;-) składa się wyłącznie z afrodyzjaków, fantastycznie więc będzie nadawać się na ‘rozgrzewkę’ ekscytującej randki.

W moim domu z reguły stanowią danie główne, któremu towarzyszy klasyczne szafranowe risotto milanese oraz słodkie pomidory z czosnkiem, o czym już kiedy indziej. 

Czego będziesz potrzebować dla dwóch osób:

- pół kilo krewetek

- dwie białe cebule cukrowe

- 4-5 ząbków czosnku

- spory korzeń imbiru

- kilka (5-10) papryczek chili

- pęczek kolendry

- dwie łyżki miodu

 

 

Komentarze (5)