Najbardziej luksusowa randka ever.
 Oceń wpis
   

Spotykamy czasem w życiu takie osoby, o których od pierwszego wrażenia wiadomo, że teraz albo nigdy, no i jeśli teraz to już wystrzeliliśmy się w kosmos ;-) więc jak już następuje to ‘teraz’ to proponuję oczywiście randkę domówkę, co ma rozliczne zalety, w tym sypialnię za progiem, a nie na drugim końcu miasta…

No i żeby było luksusowo i wypasienie i robiło wrażenie holistycznie i powodowało u naszej Randki wielkie WOW! już na wstępie, bo potem to dopiero będzie :-) Proponuję wobec tego podejść do tematu strategicznie, czyli po pierwsze nie sterczymy w kuchni trzech godzin, bo a) najlepszy prysznic nie pomoże na opary kuchenne na naszej skórze i włosach; b) sił i inspiracji nie starczy nam na kluczową resztę wieczoru! Po drugie stawiamy na jakość, co w tym przypadku równoznaczne jest z absurdalnie niejednokrotnie wysoką ceną. Cóż, jak to w życiu, nic za darmo ;-)

A więc po pierwsze i najważniejsze: butelka lub dwie prawdziwego szampana z Szampanii, feministce z pewnością spodoba się Veuve Clicquot, obecnie jeden z najchętniej kupowanych, z charakterystyczną pomarańczową etykietą i historią bardzo młodej wdowy Clicquot, która fantastycznie rozhulała winnicę w czasach, kiedy kobiety definitywnie pełniły raczej dekoracyjną rolę. Oczywiście zawsze wrażenie zrobi odpowiedni rocznik najbardziej z filmów znanego Dom Perignon (to w końcu benedyktyn o tym imieniu ponoć wynalazł sposób na produkcję szampana). Kupujemy również puszkę dobrego kawioru, z pewnością jeśli chcemy zaszaleć możemy nabyć na Polnej prawdziwy astrachański, jeśli jednak uznajemy że nie trafiliśmy na wybitnego smakosza i znawcę rybich jajeczek – kupmy czerwony o dużych ziarnach, tak czy owak rosyjski, z mojego doświadczenia z reguły bez pudła. Kupujemy również specjał z przeciwnego końca Europy, czyli fois gras (wiem, wiem, ekolodzy mnie powieszą!), nabywamy także oryginalne balsamico. Oraz kilogramowy płat bardzo!!! świeżego łososia (ponownie niezawodna ALMA w Promenadzie), z którego przyrządzimy absolutny hicior naszej kolacji, czyli tatara.

W tym celu obdzieramy, a właściwie chirurgicznym cięciem odcinamy łososia od skóry, bardzo dokładnie obmacując filet wyciągamy wszystkie ości i odkrawamy fragmenty nie spełniające drastycznego reżimu jakości perfekcyjnej. Pozostałe piękne mięso siekamy bardzo ostrym nożem na malutkie kawałeczki – błagam nie używajcie do tego celu miksera, blendera czy maszynki do mielenia mięsa! Do miski z łososiem dodajemy obranego, drobno posiekanego dużego świeżego ogórka, mieszamy, polewamy oliwą (na oko, ze trzy – cztery łyżki), sosem sojowym w nieco mniejszej ilości, wlewamy również solidną pińdziestkę CHIVASA, pieprzymy, nie solimy – wlaliśmy już przecież słony sos sojowy, skrapiamy kilkoma kroplami oleju sezamowego (nie więcej niż pięć do siedmiu), dosypujemy dwie płaskie łyżki uprażonego na suchej patelni sezamu. Rozkładamy na talerzach bezpośrednio przed przyjściem naszej Randki, dekorujemy ugotowanymi na twardo jajeczkami przepiórczymi na których układamy nasz rosyjski kawior. Gwarantuję – nic bardziej obezwładniającego nie można przygotować :-)  Na osobnym talerzu układamy pokrojone w grube plastry fois gras, które delikatnie skrapiamy balsamico. Do tego pyszne pieczywo i do ataku ;-) Jeśli chcielibyśmy nieco osłodzić nasz posiłek, w oczekiwaniu na prawdziwą słodycz, proponuję upiec świeże figi przekrojone na pół i zapieczone (ok. 7 minut) pod prawdziwym roquefortem.

Po takim wstępie, żadna Randka nie pozostanie z pewnością obojętna ni oziębła ;-)

p.s. kulinarny Ekspert, czyli Maciej Kuroń, optował za tatarem z łososia w wersji takiej bardziej po polsku, czyli tradycyjnie z żółtkiem, cebulką i ewentualnie dodatkiem posiekanych kaparów – z pewnością równie udany pomysł, ze względu na trudną do zignorowania obecność cebulki raczej nie konieczne na pierwszą randkę ;-)

 



Komentarze (7)
Najlepsze risotto na świecie.
 Oceń wpis
   

 

O terapeutycznej roli gotowania risotto już było, więc powtarzać się nie będę :-)  Tym razem o najlepszej i takiej nieco bardziej niż milanese wyszukanej wersji, co to poznają się na niej nie tylko najwykwintniejsi smakosze, ale również najprostsi śmiertelnicy ;-)

  • Zaczynamy od suszonych borowików, dla dwóch osób jedna mała paczka w zupełności wystarczy, w niewielkiej ilości wody gotujemy je około 40 minut. W tym czasie siekamy dwie małe cebule oraz cztery małe ząbki czosnku. Kiedy suszone grzyby siedzą już w swojej piekielnej kąpieli około kwadransa, dorzucamy paczkę mrożonych borowików (najlepiej już pokrojonych w plastry, jeśli zostały zamrożone w całości będziemy musieli po wstępnym obgotowaniu pokroić je), chyba że jesteśmy szczęściarzami i dysponujemy świeżymi borowikami – o co chyba trudniej niż o szóstkę w totka ;-).

    Przesmażamy posiekaną cebulę, kiedy się zeszkli, dodajemy posiekany czosnek i niemal natychmiast wsypujemy ¾ szklanki ryżu odmiany arborio, mieszamy. Kiedy ryż zrobi się lekko przezroczysty, po góra pięciu minutach, wlewamy spory kieliszek dobrego białego wytrawnego wina, mieszamy. Kiedy ryż wypije już całe wino, wkładamy ugotowane grzyby dolewając niewielkimi ilościami wywar, w którym się gotowały. Mieszamy, co powoduje natychmiastowe ukojenie duszy :-) podlewając wywarem, jeśli go zabraknie spokojnie dodajemy przegotowaną wodę. Trzemy spory kawałek prawdziwego parmigiano regiano, najlepiej w całości trójkąt, tak jak go sprzedają.

    Po około trzydziestu minutach terapii, na patelni obok przesmażamy pół kilograma dużych świeżych krewetek, o tym jakich, również już było :-) Kiedy smakowicie i nieco wstydliwie się zaróżowią, dokładamy je do ryżu z borowikami i mieszamy. Dosypujemy większość startego parmezanu, zostawiając jedynie odrobinę do posypania na talerzu. Mieszamy i voila :-) gotowe risotto z borowikami i krewetkami po prostu rzuca na kolana, a w jakim celu, to już sami zdecydujcie ;-)))

    Potrzebujemy:

    - dwie małe cebule

    - cztery ząbki czosnku

    - niecałą szklankę ryżu arborio

    - duży kieliszek wytrawnego białego wina

    - paczka suszonych borowików

    - paczka mrożonych borowików

    - duży kawałek parmigiano regiano .

     

Komentarze (3)
Na obiad z rodzicami i każdy inny niedzielny.
 Oceń wpis
   
  • W naszym wypasionym życiu ludzi wielkiego miasta, co to codziennie lunch w innej knajpie, prędzej czy później przychodzi taki moment, że mamy ochotę zaprosić innych, naszych Najbliższych: rodzinę, przyjaciół, kogoś choćby niedawno poznanego, ale niezwykle wręcz interesującego na obiad właśnie w niedzielę do domu – niewątpliwie jest to zarazem odświętna, jak i bardzo swojska okazja, w dzisiejszych czasach jednocześnie zakładająca pewną kameralność – nie to, co w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa, kiedy do niedzielnego obiadu siadało i dwadzieścia osób i makaron ZAWSZE był zagnieciony własnoręcznie przez moją babcię :-)

    Proponuję bardzo nieskomplikowane przyrządzenie łososia plus risotto milanese, o którym już było. Jeśli będziecie mieli ochotę bardziej poszaleć, dobrze byłoby dołączyć tu przystawkę oraz deser, o czym przy innej okazji.

    Kluczowa w tym daniu jest jakoś i świeżość ryby, niezawodna jest tutaj ALMA, albo mają super świeże ryby, albo nie mają ich i już! Niestety w wielu innych supermarketach zdarzyło mi kupić ryby w stanie całkowicie rozkładających się trupów :-( Równie dobrym jak ALMA adresem do nabywania ryb jest zaprzyjaźnione stoisko na bazarku, jeśli takowy macie w sąsiedztwie.

    Dla czterech osób potrzebować będziemy około 1,5 kilograma łososia w płacie lub dwóch, z pewnością nie w dzwonkach. Myjemy rybę i osuszoną układamy w wysmarowanej olejem brytfannie/ naczyniu do pieczenia nie mniejszym niż 25 x 35cm, solimy, pierzymy świeżo zmieloną mieszanką kolorowych pieprzów. Przygotowujemy marynatę: w kubku ubijamy (ja to robię taką małą trzepaczką, którą kupiłam do robienia sosów do sałat, a której średnica idealnie pasuje do kubków, ale spokojnie da się to zrobić łyżką) trzy pełne łyżeczki miodu z czterema czubatymi łyżeczkami miodowej musztardy DIJON (może też być to musztarda z całymi ziarnami gorczycy) i dolewamy olej (ja używam Kujawskiego, również ostatnio odkrytej wersji w szklanej kwadratowej butelce z dodatkiem oleju z siemienia lnianego, ale może być każdy dobrze znoszący bardzo wysoką temperaturę, a więc oliwa z pierwszego tłoczenia raczej odpada) oraz wódeczkę miodową z dodatkiem chili (jeśli akurat takiej nie posiadacie równie dobrze sprawdzi się winiak/Cognac/brandy) w ilości około tradycyjnej pięćdziesiątki. Dodajemy dwie łyżki roztartego w dłoniach suszonego tymianku oraz jeśli lubimy ziołowe smaki łyżkę w ten sam sposób roztartego estragonu.

    Marynatą polewamy rybę minimum na pół godziny przed pieczeniem. Wstawiamy do nagrzanego do 220 stopni piekarnika i pieczemy około 40 minut. Kiedy wyjąć? No cóż, zależy to od tylu czynników, że najlepiej będzie… sprawdzić to organoleptycznie ;-)  Nie warto trzymać jej za długo w piekarniku, bo wyschnie i zachowa ledwie wspomnienie swojej glorii! Nie znam nikogo, komu nie smakowałby taki łosoś, no może z wyłączeniem małych dzieci, którym jak wiemy z reguły potrawy zdrowe po prostu nie wchodzą i już ;-) Dla nich miejmy w pogotowiu paluszki rybne + frytki :-)

    Do przygotowania ryby potrzebujemy:

    - płat łososia lub dwa o łącznej wadze około 1,5 kg

    - 3 łyżeczki aromatycznego miodu, np. lipowego

    - 4 łyżeczki musztardy miodowej Dijon lub z całymi ziarnami gorczycy

    - tymianek

    - wódeczka miodowa z chili

    - ewentualnie estragon.

     

Komentarze (0)
I zupełnie niezapomniane warzywa.
 Oceń wpis
   
  • Założę się, że wśród pięciu najczęściej jadanych przez Was warzyw znajduje się papryka, cały rok dostępna, praktycznie w takim samym niezmiennym stanie z błyszczącą skórką w kilku kolorystycznych wersjach kokietująca w każdym warzywniaku.

    Najczęściej bywa taka surowa i naga po prostu dodawana do wszelkiego rodzaju sałat i surówek. Mega pełnię paprykowego aromatu osiąga po kilku godzinach dochodzenia w węgierskim daniu leczo, na które przepis swego czasu zamieszczę, jak tylko szczegółowo przepytam moją Mami, która gotuje najlepsze leczo na świecie, a przepis w oryginale posiada z czasów ‘węgierskich’ mojej rodziny. Pominę również całą rozkosznie nieokiełzaną kuchnię meksykańską, o której to raczej książkę można by napisać, a nie jeden wpis.

    Zachęcę Was natomiast, mam nadzieję, do upieczenia papryki. Osobiście jestem największą fanką pieczonej lub grillowanej papryki bez skórki, ponieważ traci ona całą gorycz, pozostawiając pełnię słodyczy, a po upieczeniu dodatkowo zyskuje absolutnie niebiańską konsystencję samej delikatności i uległości. Zatem myjemy papryki w ilości minimum 2-3 sztuk na osobę, moim zdaniem najlepiej sprawdza się mięsista papryka czerwona, pomarańczowa i żółta. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do około 220 stopni i pieczemy około godziny, nie przejmujemy się przy tym że miejscami sczernieje oraz że będzie bardzo intensywnie pachnieć – dla mnie ten zapach jest przesłodko obezwładniający, ale potrafię sobie wyobrazić, że może przeszkadzać. Po godzinie prosto z piekarnika przekładamy do przygotowanej wcześniej odpowiednio dużej torby papierowej, ignorując osłupione spojrzenia domowników rozważających wykręcenie numeru alarmowego ;-) i czekamy aż w tym więzieniu przestygnie na tyle, żebyśmy nie poparzyli sobie opuszek palców przy jej obieraniu – bądź co bądź, jeśli to początek randki, jeszcze nam się przydadzą :-) Wyciągamy z torby, pociągając za ogonek usuwamy gniazda nasienne i rozkrajamy paprykę na pół. Sprawdzamy czy nie pozostały pojedyncze nasionka – z chirurgiczną precyzją pozbywamy się ich również i usuwamy skórkę. Powinna schodzić niemal sama, ale czasem trzeba jednak jej pomóc – nienawidzę tej czynności, bo jakoś tak kojarzy mi się wyłącznie z mozołem, jednak wierzcie mi – efekt wart jest każdego poświęcenia! Układamy na talerzu jedną obok drugiej, obficie polewamy bardzo dobrą oliwą z oliwek i na każdej połówce papryki układamy jeden do dwóch anszłasików, czyli filecików anchois – moim absolutnie niezwyciężonym faworytem są helskie i tego trzymać się będę, że, parafrazując Dodę, król jest tylko jeden! Jeśli nie uda Wam się ustrzelić klasycznych helskich, a jedynie jakieś nic nie warte francuskie czy niemieckie – tfu! nie będzie obcy pluł nam w twarz ;-))) koniecznie opłuczcie je z soli, w innym przypadku nici z randki, z pewnością zabraknie płynów ustrojowych – wszelkich ;-)

    Tak przygotowane papryki podajemy z bardzo dobrym pieczywem: ciemnym chlebem z ziarnami, jeśli mamy do wielowątkowego czynienia z zagorzałym zwolennikiem zdrowego żywienia lub puchatą i bardzo chrupiącą bagietką, jeśli po drugiej stronie stołu zasiada rozpasana sybarytka, czego zawsze Wam życzę :-) aha, no i obowiązkowo wino, dobre wytrawne białe pinot grigio lub musujące prosecco lub cava (będzie tym bardziej a’propos, że zarówno tak przygotowane papryki, jak anszłasy należą do absolutnie klasycznych hiszpańskich tapas, więc i porto byłoby tu nie od rzeczy) lub wytrawne czerwone, ale raczej z tych delikatniejszych, jak merlot.

    I jeszcze jedna malutka podpowiedź: całego korowodu z pieczeniem i obieraniem papryki da się uniknąć kupując taką paprykę w słoiku – niestety wszystkie z jakimi dotąd się spotkałam zatopione są zazwyczaj w occie, co moim zdaniem kompletnie zabija delikatny smak tego warzywa, jeśli znajdziecie gdziekolwiek taką wyłącznie w oliwie – proszę o sygnał!

    Do przygotowania papryki w rozmiarze dania głównego potrzebujemy:

    - sześć do ośmiu papryk

    - puszkę lub dwie helskich

    - oliwę

    - pieczywo

    - wino.   

     

Komentarze (3)