I swojsko, czyli pieczone ziemniaczki i nie tylko.
 Oceń wpis
   

Wróciłam właśnie z filmu ‘U pana Boga za miedzą’, czyli trzeciej części filmowej sagi o Królowym Moście i jego mieszkańcach. I choć głównymi bohaterami filmu OCZYWIŚCIE! są mężczyźni, to nie sposób pozostać obojętnym na grające w nim Panie, zwane, skądinąd przez proboszcza, Skarbami Podlasia.

Faktycznie, trudno zaprzeczyć i z pewnością trudno się oprzeć bufetowej Struzikowej, obecnie Bocianowej, wprawionej sile sekretarsko-asystenckiej Dzidce czy super profi obsłudze klienta Pani Ludmile! Cudne kobiety! Piękne urodą prawdziwych kobiet, nie jakiś amerykańskich szkieletów, że raz jeszcze zacytuję proboszcza!

 

Sielankowość obrazu wsi spokojnej, wsi wesołej przypomniała mi o smakowitościach lokaleskich, czyli czym Polska stoi? Otóż zdaniem niektórych, co bardziej przeintelektualizowanych, ziemniakiem i burakiem ;-) Dziś będzie między innymi o tych pierwszych, które z tęsknoty za mazurskim ogniskiem, upieczone zostały w piecu.

 

Młode kartofle ugotowałam w mundurkach (kto wymyślił tę nazwę??). W między czasie rozgrzałam piekarnik. Ziemniaki spłazowałam przy pomocy dużego noża (dla nie-potomków ułanów – przy pomocy płaskiej części szabli w sposób hańbiący uderzali tych, którzy na ostrze nie zasługiwali ;-). Na polanej olejem blasze rozłożyłam ziemniaki w taki sposób, żeby skórka smakowicie przylegała jak największą powierzchnią do blachy. Posoliłam solidnie, odrobinę popieprzyłam, połowę obficie posypałam tymiankiem, a drugą połowę rozmarynem, polałam olejem. Piekłam w piekarniku rozgrzanym do 220 stopni C około 30 minut. Wyszły przepyszne!!! Pachnące, chrupiące, smakowite :-) o niebo lepsze niż ogniskowe!

Skądinąd z pieca fantastycznie wyszły również ostatnio upieczone kalafiory i brokuły. Umyte i podzielone na różyczki warzywa wraz z kilkoma ząbkami czosnku ułożyłam w dużej natłuszczonej olejem blasze. Popieprzyłam, posoliłam, lekko oprószyłam brązowym cukrem. Dodatkowo każdą różyczkę polałam delikatnie olejem z pestek dyni, którego intensywność i głębokość smaku wprost uwielbiam. Wszystkie warzywa obsypałam uprażonymi na suchej żeliwnej patelni pestkami dyni. Piekłam około pół godziny. Zaskoczyła mnie wydobyta wskutek pieczenia słodycz i głębia smaku, dodatkowo podbita chrupkością i pachnącą gęstością pestek.

Potrzebujemy:

- 1 kg ziemniaków

- olej

- sól, pieprz, tymianek, rozmaryn

- kalafior

- brokuł

- kilka ząbków czosnku

- olej, olej z pestek dyni

- pieprz, sól, cukier brązowy,

- pestki dyni.

 

Komentarze (0)
Egzotycznie - tuna ahi.
 Oceń wpis
   

Popołudniowa piątkowa wizyta w ulubionych deli w Promenadzie zaowocowała zakupem świeżych ryb na cały weekend. Między innymi jednym z najpiękniejszych kawałkiem smakowicie wyglądającego tuńczyka żółtopłetwego, zdaniem ekspertów ponoć jednego z najbardziej walecznych z rodziny tuńczyków.

Wprawdzie nie jest to najdroższy z nich, ponieważ za takiego powszechnie uznany jest największy z tuńczyków, czyli błekitnopłetwy, którego to mięso co i rusz bije rekordy cenowe na świecie – ostatni chyba na początku bieżącego roku, oczywiście w Tokio :-) jedyne ponad 100 tysięcy USD za niewiele ponad stukilogramową rybkę. I żeby już tak pozostać przy bardzo luksusowych tematach, postanowiłam odtworzyć tuna ahi, bo tak właśnie zakupiony przeze mnie tuńczyk nazywany bywa w innych rejonach świata, którego jadłam w absolutnie boskich okolicznościach przyrody.

Tuż przed Sylwestrem na końcu świata, na jednej z najbardziej filmowych plaż świata Miami Beach, FL, jeden budynek dalej od miejsca gdzie kręcono między innymi ‘Człowieka z blizną’, w letniej sukience, boso, upojona magią miejsca oraz ponad dwudziestogodzinną podróżą ;-) zjadłam absolutnie najlepszego-nie-do-powtórzenia tuna ahi szybko obsmażonego w sezamie. Boski!

Postanowiłam więc przynajmniej spróbować odtworzyć to cudo.

Pokrojonego na mniejsze kawałki (każdy o boku kilku centymetrów) tuńczyka zamarynowałam w oliwie, sosie sojowym, oleju sezamowym, miodzie i soku z limonki. Pozostawiłam go w marynacie na kilka godzin.

Potem każdy kawałek obtoczyłam w sezamie (lepszy byłby z pewnością w tej roli czarny sezam) i szybko obsmażyłam w bardzo gorącym oleju (uwaga! fartuszek niezbędny - niemiłosiernie strzela!).

Podałam z dwoma rodzajami pomidorów – klasyczną polską odmianą krzaczkową oraz malinową, tuńczyka dodatkowo wzbogaconego sosem z ziarnami gorczycy, miodem i oliwą oraz kilkoma kroplami soku z limonki.

 

Definitywnie pachniał i smakował upalnym wieczorem przy Ocean Drive, gdzie to obowiązkowo należy dumnie i z należytą powagą przedefilować otwartym kabrioletem w towarzystwie pięknej blond piękności, która w dzień ten sam deptak przemierza iście filmowo w bikini i na rolkach (NAPRAWDĘ!), jak można się domyślić z nadzieją na bycie dostrzeżoną przez jednego z licznych tutaj menadżerów i właścicieli agencji modelek.

Potrzebujemy:

- około 2/3 kilograma świeżego tuńczyka

- na marynatę: pół szklanki oliwy (ja ostatnio używam organicznej), 1/3 szklanki sosu sojowego, trzy łyżeczki miodu, sok z połowy limonki, około 10-15 kropli oleju sezamowego,

- po dwa różne pomidory na osobę

- na sos: trzy łyżeczki musztardy z całymi ziarnami gorczycy, trzy łyżeczki miodu, 1/3 szklanki oliwy, kilka kropli soku z limonki.

Komentarze (0)
Smakowita mieszanka...
 Oceń wpis
   

… czyli wciąż modne, choć nieco już passe fusion dopadło mnie późnym bardzo upalnym wieczorem po długim i niezwykle pracowitym dniu, w czasie którego to zabrakło czasu na jedzenie. Zabrakło czasu również na zakupy, więc z konieczności obmyślałam szybki, zimny i nieskomplikowany posiłek w oparciu o dość przetrzebioną zawartość lodówki oraz szuflad.

Wyszła pyszna sałatka prawdziwie internacjonalnie łącząca smaki z Polski, Francji i… Japonii, atrakcyjna atrakcyjnością ludzi pochodzenia więcej niż jednej rasy.

Zmieszałam niezmiennie bardzo słodką kukurydzę i zielony groszek dobrze znanej francuskiej marki Bonduelle z majonezem Dekoracyjnym oraz pokrojonym w dość grube kostki serem korycińskim z ziołami prowansalskimi (PYCHA! rozpropagowany między innymi przez lokalny oddział Slow Food, któremu to serowi w efekcie wielkiego powodzenia i sukcesu już z pierwszymi efektami rośnie powoli konkurencja, wszystko o prawdziwym serze korycińskim wie mój kulinarny guru Karol Okrasa http://ww2.tvp.pl/6226,20081122832846.strona przeczytajcie! warto!). Wmieszałam dodatkowo dwie łyżeczki pasty wasabi, które fantastycznie wręcz podkręciło smak każdego ze składników, jednocześnie łącząc je w cudowny majstersztyk.

Sałatkę udekorowałam pokrojonymi w małe ćwiartki jajkami, obowiązkowo ekologicznymi z ‘0’ lub ‘1’ na początku oznaczającego je numeru (tu ponownie kłania nam się ruch slow food  :-) ), które ugotowałam na pół twardo, bo też i w takiej konsystencji ‘pomiędzy stanowczymi orientacjami’ ;-) najbardziej uwielbiam.

Sałatkę, bardzo późnym lecz w dalszym ciągu upalnym wieczorem, pochłonęliśmy z ogromnym smakiem w niemal egipskich ciemnościach z tytułu chmar komarów, które szczególnie ostatnio zajadle wawę atakują, z towarzyszeniem bardzo schłodzonego pinot grigio, świętując pewien niewielki, acz bardzo znaczący sukces, podobnie jak i powyższa sałatka, stanowiący żywy dowód na twierdzenie, że z tytułu iż świat robi się coraz mniejszy płyną również korzyści, i nie zawsze rację mają przeciwnicy globalizacji ;-)

Potrzebujemy jedynie:

- puszki kukurydzy

- puszki groszku zielonego

- kawałka sera korycińskiego z ziołami prowansalskimi wielkości dłoni, grubości 2-3 cm

- trzech płaskich łyżek majonezu Dekoracyjnego

- dwóch łyżeczek wasabi

- czterech jajek

Komentarze (0)
O antipasti i winie, co na co dzień słucha Mozarta.
 Oceń wpis
   

O antipasti i winie, co na co dzień słucha Mozarta, czyli coś na upał. Nareszcie mamy prawdziwe lato z upałem, który natychmiast nastraja wagarowo. Jadąc do pracy pustymi ulicami wawy, mam ogromną ochotę zaparkować gdzieś po drodze i udać się do parku celem spożycia lodów na patyku względnie zimnego musującego wina, obowiązkowo w seksownym towarzystwie, bez docierania do biura już wcale. Ach, jak byłoby pięknie!

Z drugiej strony co chwila ktoś wraca z wakacji i oczywiście opowieściom nie ma końca. Myślę, że już do końca lata, a być może nawet roku, nikt nie przebije opowieści Mojego Brata, który miał wielkie szczęście spędzić dłuższą chwilę w zjawiskowej Toskanii. Ponieważ oczywiście trzeba przywieźć stamtąd mnóstwo dobra, na czele z winem, udali się całą rodziną w poszukiwaniu najodpowiedniejszej lokalnej winnicy. Minąwszy wystarczająco wiele, wspięli się wreszcie krętą drogą ku wybranej. Pewne zdumienie wywołały przydrożne informacje nawiązujące do … Mozarta. Ale dopiero na miejscu okazało się, że cała winorośl w wybranej winnicy non-stop-kolor… słucha muzyki Mozarta!

Lokalny uniwersytet postanowił łożyć na eksperyment udowadniający zbawienny wpływ na winorośl twórczości tego genialnego artysty. Prawdopodobnie ktoś postanowił sprawdzić, czy również na rośliny działa tzw. efekt Mozarta. U ludzi zbawienny wpływ tej muzyki z powodzeniem udowadnia się już od ponad pięćdziesięciu lat! Warto wiedzieć, że wzrasta nam kreatywność, poprawia się pamięć, wzrasta koncentracja. Przed gorącą letnią randką jak znalazł :-) Co do wina natomiast, muszę przyznać, że z pewnością bardzo smaczne, jakkolwiek zupełnie nie do odróżnienia od swoich zdecydowanie muzycznie nie wyrobionych braci.

Z podróży mojego Brata otrzymałam kilka bardzo smakowitych prezentów, w tym absolutnie zjawiskowe kapary w soli. Istne odkrycie! Przyznam, że bardzo lubię kapary, jednak jakoś do tej pory zawsze kupowałam takie w zalewie, te w soli po prostu startują w innej lidze, rzec by trzeba w Serie A w stosunku do najpospolitszej okręgówki. Użyłam ich ostatnio do dość oryginalnej sałaty w ramach odżywiania się podczas narastającej kanikuły.

Roszponkę udekorowałam bardzo bogato: wędzoną makrelą prosto z lodówki, helskimi anchois z oleju oraz schłodzonym upieczonym w szałwii, estragonie, miodzie i odrobinie balsamico łososiem. Żeby odrobinę przełamać słoność i pikanterię, dodałam kilka pokrojonych w ósemki bardzo dojrzałych śliwek węgierek. Całość polałam sosem z jogurtu z domieszką majonezu, trzema ząbkami czosnku, solą, pieprzem, odrobiną cukru.

Tak przygotowaną zimną przekąskę ze względu na jej trudny do zanegowania na bogato wypasiony charakter potraktowałam jako danie główne, a na przystawkę było kultowe caprese, a więc obrane ze skóry przesłodkie pomidory malinowe z towarzyszeniem mozarelli, najlepszej oliwy oraz listków świeżej obłędnie pachnącej bazylii. Caprese to dla mnie kompletne doświadczenie słodkiego gorącego tete-a-tete upalnym latem, a w każdym razie ma kompletny spełnienia jego smak :-)

Czego potrzebujemy?

Na caprese w roli antipasti:

- mozzarellę, oczywiście najlepsza byłaby z bawolego mleka, ale ‘krowia’ też się obroni

- po dwa pomidory malinowe na jeden ser

-bardzo dobrej jakości oliwa z oliwek (w słonecznej Italii za takową uznają tą z Toskanii właśnie)

- świeża bazylia.

Na sałatę w roli dania głównego:

- opakowanie roszponki

- puszka anchoisów helskich w oleju

- jedna wędzona makrela

- około 300 gr kawałek łososia

- marynata do łososia: płaska łyżeczka estragonu, płaska łyżeczka szałwii, łyżka miodu, pół łyżeczki balsamico, 1/3 szklanki oliwy

- około 10 dojrzałych śliwek węgierek

- na sos: opakowanie jogurtu naturalnego, dwie łyżki majonezu, trzy ząbki czosnku, szczypta soli, sporo świeżo zmielonego pieprzu, płaska łyżeczka brązowego cukru.

Komentarze (0)
ABSOLUTne zauroczenie!
 Oceń wpis
   

 Zdarzył mi się ostatnio honor bycia jurorką w konkursie ABSOLUT Bartender of the year. Fantastyczne doświadczenie! Spróbowałam prawie dwudziestu (!!!) drinków z kategorii ‘after dinner’ – Bóg mi świadkiem, że nie jestem w ogóle specjalistą w tej dziedzinie…  Tak czy owak, odkryć było co najmniej kilka: drink wyróżniony, czyli super wytrawny smak i kwiat w ozdobie, róża w kieliszku i róża w smaku i zapachu (ABSOLUTne odkrycie!) oraz last but not least miodowo-śmietankowy zwycięzca! Wszystkie w swoim składzie zawierały doskonałej jakości wódkę ABSOLUT, co w oczywisty sposób sprowokowało bardzo wiele skojarzeń.

Po pierwsze, to szwedzka wódka, a co za tym idzie szwedzka IKEA, szwedzka prostota, szwedzki łosoś. Co w mojej  głowie wywołuje natychmiastowe skojarzenie z sosem z łososiem, wódką i kawiorem. Po drugie, wódka, czyli destylat. Są tacy, którzy twierdzą, że historia współczesnej ludzkości rozpoczęła się wraz z pozyskaniem wiedzy, jak go uzyskać.
 
Czy wszyscy wiedzą, że wódeczka wywodzi się z Polski? Nawet w encyklopediach o tym piszą  Bywa lekiem, również na całe zło   Bywa cudowną rozrywką. Bywa niezastąpionym składnikiem potraw. I właśnie o takim przypadku poniżej.
Makaron z sosem. Cóż może być prostszego? Otóż, gwarantuję, że po takim makaronie z pewnością nikt nie pozostanie obojętny!
 
Siekamy bardzo drobno dwie cebule oraz cztery ząbki czosnku. Kroimy w całkiem spore kawałki marynowanego (skandynawskiego gravlaxa) lub wędzonego łososia.
W dużym garnku wrzucamy na osolony wrzątek makron typu tagliatelle lub papardelle.
Na patelni obok szklimy cebulę, dorzucamy czosnek oraz łososia. Zalewamy setką wódki, podpalamy, jeśli mamy wystarczająco dużo odwagi, lub odparowujemy.
 
Mieszamy. Kubeczek tłustej śmietany hartujemy szczyptą soli i szczyptą mąki razowej oraz łyżką sosu z patelni. Dolewamy do garnka z łososiem. Pieprzymy. Zagotowujemy.
Makaron mieszamy z sosem, podajemy udekorowany czarnym kawiorem. Smakuje ABSOLUTnie 
 
Czego potrzebujemy?
 
- paczkę papardelle lub tagliatelle
 
- dwie małe cebulki
 
- cztery ząbki czosnku
 
- 400 gr łososia marynowanego lub wędzonego
 
- prawie setka wódki czystej
 
- kubeczek tłustej śmietany
 
- sól, pieprz, mąka
 
- czarny kawior.
 
 
Komentarze (0)
Najpiękniejsza kosmopolitka.
 Oceń wpis
   

W dzisiejszej ‘gazecie’ (z 10 lipca) napisali, że większość z nas, Polaków, jest za parytetem względem płci, w przeciwieństwie do… obecnej minister ds. równego statusu kobiet http://wyborcza.pl/1,75478,6807518,Narod_za_kobietami.html .  Ot, co! Świat staje na głowie, można by rzec. Ja powiem: jestem z nas dumna! Jesteśmy mądrzejszym i bardziej świadomym społeczeństwem niż komukolwiek z nas oraz nich, czyli tych bardziej przy władzy, by się wydawało.

Więc na fali mojego buchającego właśnie patriotyzmu, będzie o kolejnym polskim specjale, czyli szynce. Temat rzeka. Bardzo męski. Moja ostatnia przygoda z szynką spektakularnie rozegrała się w odsłonie krajobrazu mazurskiego w towarzystwie pięknych kobiet i bardzo męskich mężczyzn, z których jeden uwędził, a inny przygotował do bezpośredniego spożycia naprawdę filmowy kawał szynki.

Heros Kwiatek i jego łup !

Obecni spożywali grube na półtora centymetra plastry ciepłej szynki używając w tym celu wyłącznie dłoni, które post fatum dobitnie zaświadczały o soczystości mięsa. Nie muszę dodawać, że towarzyszący mi pies Mister kompletnie oszalał :-) Szynka okazała się być kosmopolitką, ponieważ, ku zdumieniu, starannie wyselekcjonowana przyjechała ze stolicy i dopiero na miejscu - in the middle of nowhere mazurskiej głuszy - nabrała swojskiego charakteru i soczystej krzepy.

 (to jest krzepka szyneczka !!!)

Przypomniała mi ona nagle o sosie Alfredo, o którym już wiele tygodni temu miałam napisać i … trochę zapomniałam. Być może musiał on poczekać na mazurskie olśnienia. Kiedyś czytałam, że sos ów genezę swoją ma w kapryśnej naturze kobiety z jednej strony, a wielkiej miłości z drugiej. Otóż ponoć tytułowy Włoch Alfredo głowił srodze się nad przypadłością swojej żony, która była… niejadkiem straszliwym. Toteż żeby zachęcić ją do spożywania bądź co bądź narodowego specjału, sporządził sos do pasty w oparciu o masło, śmietankę i parmezan. Dziś wariacji na temat takiego sosu z pewnością są dziesiątki.

Moja wzięła się ze szczególnego ostatnio zamiłowania mojej ukochanej Zuźki do spożywania makaronów z sosem białym. W odpowiedzi więc, wrzuciwszy już na wrzątek makaron (kształt dowolny, ale raczej z większą powierzchnią do oblepiania) na maśle przesmażyłam drobno posiekany czosnek wraz z pokrojoną w dość drobne paski szynką (i cały czas żałuję, że wówczas nie byłam w posiadaniu tej warszawsko-mazurskiej charakternej dziewuchy!). Kiedy już bardzo zapachniało, dorzuciłam zielony groszek i wlałam śmietanę (zawsze tłustą, wymieszaną ze szczyptą soli i szczyptą mąki razowej), zagotowałam. Popierzyłam, ze względu na obecność szynki nie soliłam. Dorzuciłam garść startego parmezanu, zamieszałam żeby się rozpuścił.

Ugotowany al dente i odcedzony makaron wrzuciłam do sosu, zamieszałam. Na stole obok talerza z daniem, podałam również drobno starty parmezan, do posypania już samodzielnie. Zdaniem Zuźki, której to małe święto obchodziliśmy, a także towarzyszącej jej Luli i Mary, danie okazało się być strzałem w dziesiątkę, mnie pozostaje dodać - polecam! Zwłaszcza, kiedy na naszej drodze spotkamy wszelkiej maści niejadków, również tych emocjonalnych  ;-))) 

Potrzebujemy:

- paczkę dobrego makaronu

- masło, pieprz

- cztery ząbki czosnku

- sześć grubszych i większych plastrów szynki

- puszka zielonego groszku

- kubeczek tłustej śmietany

- szczypta soli, szczypta mąki razowej

- opakowanie parmezanu

 

Komentarze (0)
Nostalgiczna słodycz pożegnania.
 Oceń wpis
   

O truskawkach, podobnie jak o szparagach, w ostatnim czasie wszędzie dużo się pisze i smakuje. Ponieważ, jak poinformował mnie mój Pan z lokalnego warzywniaczka, truskawki właśnie się kończą, a ‘takich pięknych jak dziś, to już nie będzie w tym sezonie’ postanowiłam w drodze wyjątku nabyć całą łubiankę!

 

Na wieczór szykowali się goście, toteż postanowiłam że pożegnanie truskawek uczcimy świeżutkim sernikiem z towarzyszeniem zmiksowanych z odrobiną Cointreau truskawek.

Historia sernika w moim życiu w sposób absolutnie nierozerwalny łączy się z historią wielkiej miłości. Otóż nauczyłam się go piec dla Niego, ponieważ ze wszystkich delicji i rarytasów najbardziej kocha On serniczek. Dodam, że dotąd jednym ciastem na jakie się porywałam (od naprawdę wielkiego dzwonu!) był pleśniak. Jak można się domyślić od pleśniaka do sernika droga bardzo daleka…

Kiedy już poznałam Jego preferencje kulinarne, należało działać. Dlaczego? Odsyłam do mojego manifestu ;-)Poprosiłam o pomoc moją ukochaną Ajdżijkę, która fenomenalnie gotuje i genialnie wręcz piecze. Poniższy przepis jest nieco zmodyfikowaną wersją jej sernika.

Na dużą blachę, którą cztery dorosłe osoby zjedzą w dwa, góra trzy dni, mielimy, jeśli mamy maszynkę, lub miksujemy tak jak w moim przypadku 1,5 kilograma twarogu, moim zdaniem najlepszy będzie tłusty, ale z półtłustego również wyjdzie ;-). Oddzielamy białka od żółtek sześciu jajek. Żółtka dodajemy do sera wraz z jednym opakowaniem cukru waniliowego, łyżeczką proszku do pieczenia, dwoma zapachami do ciasta (ja uwielbiam olejek rumowy świetnie współgrający z rodzynkami, ale doskonale wypadnie również migdałowy), półtorej kostki rozpuszczonego i przestudzonego masła, trzema czubatymi łyżkami mąki razowej oraz połową szklanki brązowego cukru. Mieszamy wszystko bardzo dokładnie.

Dorzucamy dwa opakowania kandyzowanej skórki pomarańczowej oraz opakowanie rodzynek królewskich sułtanek (tu sprawdza się obiegowa opinia dotycząca mężczyzn – im większy rozmiar, tym lepiej).

Ubijamy białka – mnie niestety nigdy się to nie udaje – taka karma ;-) Na szczęście nie szkodzi to sernikowi :-) Dodajemy do sera i reszty, ostrożnie mieszamy.

Wspomnianą wcześniej dużą blachę wysmarowujemy masłem (przyznam, że uwielbiam to robić – to prawie tak samo dobre jak skakanie w środku kałuży w największą ulewę), wysypujemy bułką tartą, wlewamy nasz ser ze wszystkim. Wstawiamy do rozgrzanego do 220 stopni piekarnika. Pieczemy co najmniej godzinę i 15 minut, z mojego doświadczenia wynika, że raczej 1,5 godziny.

W między czasie myjemy i usuwamy szypułki z co najmniej kilograma truskawek. Miksujemy je z płaską łyżką cukru (oczywiście jeśli są słodkie, soczyste i dojrzałe, jak piękna świadoma swoich zalet i możliwości czterdziestolatka ;-) i pięćdziesiątką Cointreau.

 

Podajemy nasz sernik oprószony cukrem pudrem, bardzo łakomie oblany lekko wstawionymi truskawkami w towarzystwie kilku żywych owoców, co to właśnie się kończą…

  • W moim domu sernik jest synonimem największej na świecie miłości, co to zdarza się tylko w filmach i powieściach, a Wy macie taki synonim? Napiszcie, proszę!

    Czego potrzebujemy?

    - 1,5 kg twarogu

    - sześć jajek, oczywiście najlepiej z zerem na początku

    - 1,5 kostki masła

    - cukier waniliowy

    - pół szklanki brązowego cukru

    - łyżeczka proszku do pieczenia

    - dwa olejki rumowe

    - dwa opakowania kandyzowanej skórki pomarańczowej

    - opakowanie rodzynek sułtanek

    - masło, bułka tarta

    - co najmniej kilogram truskawek, płaska łyżka cukru, pięćdziesiątka Cointreau.


     

 

Komentarze (1)
Kobieca niesolidarność. Zdaniem mężczyzn - kompromis.
 Oceń wpis
   

Zanim na dobre rozpocznę pisanie innego bloga, który będzie eksplikacją mojego osobistego dżihadu, wykorzystam już ten istniejący ;-), za co przepraszam bo dziś będzie przede wszystkim nie o gotowaniu.

Otóż sobotnią późną nocą zdarzyło mi się zatrzymać na ulubionej stacji i trzasnąć prawie całą powtórkę ‘Szkła kontaktowego’www.tvn24.pl/szklo_kontaktowe.html Muszę przyznać, że około trzeciej w nocy z reguły znajduję inne ciekawsze zajęcia niż tv, jednak tym razem nie byłam w stanie oderwać się od ekranu. Dlaczego?Ponieważ zaczęło się od, mniej lub bardziej, ciasteczkowych potworów i tak od słowa do słowa o ciasteczkach i o władzy prowadzący zgrabnym zdaniem przeszli do… słynnej sceny z ukochanego mojego filmu ‘To właśnie miłość’, gdzie to Hugh Grant, jak wszyscy zapewne pamiętają grający brytyjskiego premiera świeżo po objęciu urzędu, rzuca w przestrzeń nad stołem obrad gabinetu pytanie: ‘kogo tu trzeba bzyknąć, żeby dostać ciasteczka?’. I dotąd zapewne nawet było śmiesznie, ale cytująca scenę Pani Ilona Łepkowska troszkę się zapomniała i dodała: ‘i na to w t o c z y ł a się ta od ciasteczek!’.

Dodajmy, że na myśli miała aktorkę grającą asystentkę Granta, może nie jest ona następczynią Twiggy, ale z pewnością do określenia jej ruchu jako toczenia zdecydowanie bardzo daleko www.loveactually.com/home.html  ! A potem już było tylko gorzej. Wprawdzie Pani Ilona, jako luminarz świadomości społecznej kształtowanej od lat przez tasiemce jak ‘m jak miłość’, ‘barwy szczęścia’, ‘na dobre i na złe’ czy ‘klan’ przyznała się do uczestniczenia w kongresie kobiet, ale już pytanie prowadzącego o szanse i możliwości kobiety na stanowisku prezydenta państwa skwitowała uśmieszkiem, a odnosząc się do listy potencjalnych kandydatek stworzonej przez politologów, na której między innymi znalazły się takie nazwiska jak Dunin czy Staniszkis, ochoczo i ze swadą dołączyła tu również Edzię Górniak i Monikę Olejnik… Naprawdę pogratulować poczucia humoru! Droga Pani czy aby nie wystąpił u Pani syndrom wyzwolonego niewolnika???

Chciałoby się wspaniałomyślnie trzymać zasady Pani Minister Jarugi-Nowackiej, która wystąpienia innych kobiet komentuje dobrze albo wcale, tym razem mnie się jednak nie udało…

 

Dla równowagi będzie też dziś o mężczyznach i to o tych prawdziwych. A przyczynkiem stało się ostatnie moje gotowanie, kiedy to po przyniesieniu zakupów mój Mężczyzna odpytał mnie na okoliczność docelowej potrawy, po czym wyraził stanowcze zastrzeżenie, że ów planowany łosoś z pewnością nie będzie chrupiący, a raczej nieapetycznie ugotowany i czy to aby najlepszy pomysł, a właściwie co to w ogóle za pomysł na tak pięknego łosia?? Pomysł sprowadzał się do upieczenia, z wykorzystaniem ciasta francuskiego Bliklego, kulebiaka z łososiem i porem.

 

(dwa pory zostały poproszone o zapozowanie do fotografii - później cóż... pod nóż)

Jednak nacisk wywarty na chrupiącą skórkę pieczonej ryby był zbyt silny, żeby trzymać się pierwotnego założenia. Innymi słowy osiągnęliśmy KOMPROMIS, czyli coś czego w relacjach dwójki najbliższych osób, zdaniem niektórych psychologów i psychoterapeutów, jednak należy unikać (polecam ostatnie wydanie poradnika psychologicznego Polityki! www.polityka.pl/ja-my-oni-poradnik-psychologiczny/Lead30,1906,292123,18/ . W wyniku tegoż kompromisu zamarynowałam łososia w soli (mało), pieprzu (dużo), suszonej startej papryczce peperoncino, oliwie, balsamico i dwóch łyżkach miodu.

Piękne młode, ale już wyrośnięte, pory pokroiłam w talarki i przesmażyłam na bardzo rozgrzanym oleju, dolałam pół kieliszka białego wytrawnego wina, odparowałam i zmniejszyłam ogień, dodałam dwie czubate łyżki masła i płaską łyżeczkę mąki razowej, popieprzyłam i dusiłam około dziesięciu – piętnastu minut. Na koniec wrzuciłam solidną garść startego tłustego żółtego sera, zamieszałam, żeby się rozpuścił.

Całą masę zawinęłam w rozmrożone ciasto francuskie, i w formie wielkiego pieroga ułożyłam na natłuszczonej blasze, wysmarowałam roztrzepanym z odrobiną wody żółtkiem jajka.

Łososia i pieróg vel kulebiak wstawiłam do piekarnika i piekłam w temperaturze 220 stopni… nieco za długo ;-) Nauczona tym doświadczeniem proponuję nie przekraczać bezpiecznej pół godzinki.

Mimo że kompromis, jednak bardzo nam smakował :-) co przywodzi mi na myśl poza powyższą, inną bardzo dobrą ilustrację tego, czym zdaniem mężczyzn jest kompromis. Jest toopowieść przeuroczej Młodej Mamy, która tuż przed urodzeniem swojego super przystojnego syna dyskutowała intensywnie z mężem na temat imienia pierworodnego. Ponieważ różnica zdań coraz istotniej się zarysowywała, Ojciec dziecka zaproponował kompromis! Co miał na myśli? Ni mniej ni więcej tylko na propozycję swojej żony wypalił : ‘ja mówię ABSOLUTNIE NIE, a Ty możesz dać inną propozycję!’. Ot i kompromis :-)))

Czego potrzebujemy?

- niecały kilogram łososia

- sól, pieprz, suszona starta papryczka, balsamico, oliwa, miód,

- opakowanie mrożonego francuskiego ciasta

- czternaście porów, a właściwie ich białych części

- dwie łyżki masła

- płaska łyżeczka mąki

- pieprz

- garść startego tłustego żółtego sera

- żółtko jajka .

 

Komentarze (0)