Bardzo apetyczny afrodyzjak
 Oceń wpis
   

Temat sam ciśnie się na usta, zaczął się bowiem sezon na szparagi i teraz wszędzie królują te seksowne warzywa, tak w knajpach, jak w gazetach i telewizjach.

Trzeba przyznać, że w przypadku tego warzywa zdecydowanie nie trzeba zastanawiać się dlaczego nasi przodkowie już w starożytności uznali je za afrodyzjak – gołym (upsss!) okiem widać!Definitywnie jednoznaczny wygląd ;-), cudowny smak, niepowtarzalny zapach i fantastyczna konsystencja – niezapomniane i całkowicie niepowtarzalne przeżycie.

Jestem absolutną fanką szparagów pieczonych, a nie gotowanych, oraz zielonych w zastępstwie klasycznych białych. Smak w czasie pieczenia się kondensuje i w towarzystwie najlepszego parmezanu osiąga absolutne niebo i raj. Szparagi na wstępie obieramy lub jeśli są zielone, bardzo świeże i cienkie możemy sobie darować to niewątpliwie bliskie piekłu zajęcie (na szczęście!). Obrane czy nie układamy na blasze do pieczenia, polewamy oliwą, lekko solimy, dużo pieprzymy, lekko cukrzymy. Posypujemy bardzo cienkimi płatkami parmezanu (ja używam do uzyskania pięknych lekko chrupiących płatków o orzechowym smaku bocznej ścianki klasycznej czworokątnej tarki) i wstawiamy do nagrzanego do 220 stopni piekarnika na maksimum dwadzieścia minut. NIEBO :-)

Istnieją oczywiście tysiące sposobów na szparagi, ciemną i szarą zimą obezwładniający bywa krem ze szparagów. Ostatniej zimy udało mi się nabyć mrożone szparagi zielone, które po podsmażeniu wraz z szynką prosciutto crudo zostały wspólnie krótko ugotowane w małej ilości wody (tylko takiej, żeby przykrywały zawartość garnka), zmiksowane i podane z czosnkowymi grzankami z pełnoziarnistegopieczywa – doprawdy trudno wyobrazić sobie lepsze antidotum na lutową szarugę! (jeśli mimo gotowania i miksowania w naszej zupie pozostają przykro-ciągniące-się włókna, trzeba zupę przetrzeć przez bardzo drobne sito, uprzednio wyjąwszy kawałki szynki).

Jednym z moich najbardziej ulubionych sposobów na szparagi jest… risotto oczywiście. Zaczynamy jak zawsze, czyli na niewielkiej ilości oleju podsmażamy drobno pokrojoną cebulę: szalotkę lub cukrową, klasyczna będzie za ostra, dodajemy posiekane trzy ząbki czosnku. Dokładamy pokrojone w spore kawałki plasterki szynki, po przysmażeniu wsypujemy półtorej szklanki ryżu arborio. Mieszamy, po kilku minutach, kiedy ryż stanie się szklisty wlewamy szklankę białego wytrawnego wina, odparowujemy. Wkładamy co najmniej dwa-trzy pęczki szparagów, obranych, pokrojonych w kilkucentymetrowe kawałki, na boku pozostawiając odcięte jak w rewolucji francuskiej główki, które zachowujemy na wielki finał. Mocno pieprzymy. Cały czas podlewając wodą lub bulionem, gotujemy jeszcze około dwudziestu - trzydziestu minut, tak żeby ryż pozostał al dente. Trzy minuty wcześniej dodajemy główki szparagów i dwie garści startego najlepszej jakości parmezanu. Mieszamy, natychmiast podajemy.

Spróbujcie! Warto przekonać się czy ludzkość uzasadnienie szparagi uznaje za jeden z najsilniejszych afrodyzjaków, zwłaszcza tak pięknie bezwstydną wiosną, jaką w ostatnich dniach mamy za oknem...

 


Na risotto potzrebować będziemy:

- dwie cebule cukrowe

- trzy ząbki czosnku

- pięć - sześć plastrów dobrej jakości szynki typu jambon serano lub prosciutto crudo

- półtorej szklanki ryżu arborio

- trzy pęczki szparagów

- kawałek parmezanu.

 

Komentarze (0)
Kultowa kuchnia polska.
 Oceń wpis
   

Ostatnio w jednym z luksusowych kolorowych magazynów, które pochłaniam nałogowo, przeczytałam sugestię szefa kuchni jednego z najbardziej luksusowych hoteli w wawie, jakoby dobrze urozmaicona i stosownie do czasów ubogacona kuchnia polska mieściła w sobie pozycję ‘sałatka szefa’.

Przyznam, że jakkolwiek nie byłabym otwarta na nowości, chętna do wypróbowania udziwnień i zdecydowana w dążeniu do smakowania również kontrowersyjnych różności, to jednak sugestię, jakoby w fantastycznej kuchni polskiej pełnej pierogów, żurków, gołąbków, leniwych i zasmażki, smalcu oraz małosolniaczków, mieściła się amerykańsko banalna kompozycja sałat, szynki, żółtego sera oraz marchewki, uznałam za wartą dżihadu! Panu Pawłowi Suchenkowi proponuję sięgnąć do doprawdy dowolnej książki kucharskiej poświęconej kuchni polskiej autorstwa dowolnego autorytetu celem przekonania się, że sałatka takowa jest definitywnie wirtualna – a i to jest wielce delikatny eufemizm!

Mimo że na co dzień nie gotuję klasycznie po polsku, uważam że polskie jedzenie wraca do łask bardzo wielowymiarowo. Od tradycyjnie tłustego modelu chłopskiego w wydaniu ciemny chleb + smalczyk + ogórek kiszony (w roli prowodyra niewątpliwie Kościuszko z jego knajpami – swoją drogą świetny wywiad w niedawnych jubileuszowych Wysokich Obcasach, obecnie najsmakowitszy smalczyk w Oycowiźnie przy drodze z Piaseczna do Magdalenki) po elegancko i wykwitnie napuszoną kuchnię Gesslerowej, ze skomplikowanymi, czasem nazbyt pretensjonalnymi nazwami potraw, niewątpliwie natomiast składnikami definitywnie z najwyższej i najświeższej półki (bardzo polecam smakowite ‘Kocham gotować’ jej autorstwa).

Osobiście uwielbiam kilka polskich specjalności, wśród nich kultowy-nie-do-podrobienia barszczyk mojej Mami (również w odsłonie postnej wigilijnej) oraz sandacza po polsku, którego w wersji pierwotnej pierwszy raz zjadłam wiele lat temu w Dyspensie (dziś niestety nie ma już tej pozycji w menu) przy Mokotowskiej.

Próbując w chwili desperacji i tęsknoty za domemi odtworzyć barszcz, ugotowałam przede wszystkim dobry tłusty rosół. Od czasu, kiedy rosół w pensjonacie Villa Sedan w Sopocie autentycznie uratował mi życie dzień po ekstremalnym spożyciu, uznaję że prawdziwy jest tylko taki z trzech rodzajów mięs. Toteż, jeśli tylko mam taką możliwość gotuję około trzech litrów wody na bardzo małym ogniu z dwiema-trzema dużymi nogami kurczaka, sporym kawałkiem indyka oraz jedną lub dwiema nogami kaczki. Do tego dosypuję paczkę mrożonej włoszczyzny Horteksu, obowiązkowo ziele angielskie, listki laurowe oraz dużo pieprzu w ziarenkach. Wywarowi potrzeba będzie minimum dwóch godzin, w ideale pół dnia.

W oddzielnym garnku gotuję umyte nie obrane buraki w ilości kilku, co najmniej sześciu – siedmiu. Po około 30-40 minutach studzę je, obieram i ścieram na grubej tarce, dodaję do rosołu. Nieco solę oraz dosypuję łyżkę brązowego cukru. Trzymam na małym ogniu, starając się nie dopuścić do gotowania, ponieważ barszcz straci nam kolor. Wyjmuję mięso, którym ku uciesze wszystkich domowników żywię Psa oraz całą resztę przecedzam przez gęste sito. Gotowe! Bardzo tłusty i bardzo esencjonalny, mimo braku zakwasu, barszczyk, prawdopodobnie z tego też powodu zupełnie nie kwaśny ;-)

Co do sandacza, to oczywiście kluczowa jest jakość ryby, którą w zależności od osobistych upodobań gotujemy w niewielkiej (takiej żeby tylko przykryła rybę) ilości wody lub gotujemy na parze lub pieczemy. Tak czy owak proces ten trwa krótko :-). W osobnym małym rondelku podgrzewamy masło. Wbrew zaleceniom dietetyków im więcej tym lepiej :-) Dodajemy do niego posiekane jajka na twardo, w ilości co najmniej dwóch na jedną porcję. Pieprzymy, odrobinę solimy. Podajemy rybę polaną sosem w towarzystwie młodych (właśnie się zaczynają!) ziemniaków posypanych koperkiem. Moim zdaniem flagowe danie kuchni polskiej, którym śmiało można rozpoczynać zaprzyjaźnianie z naszymi specjalnościami każdego cudzoziemca. P Y C H A ! ! !

Na barszcz zdecydowanie nie postny potrzebujemy:

- dwie duże nogi kurczacze

- spory, co najmniej pół kilogramowy, kawałek indyka, im tłustszy, tym lepszy, o co w indyku nie łatwo ;-)

- dwie nogi kaczki

- paczka mrożonej włoszczyzny Horteksu

- dziesięć-piętnaście ziarenek ziela angielskiego

- tyle samo ziarenek pieprzu

- pięć-siedem liści laurowych

- kilka szczypt soli

- łyżka cukru

- osiem buraków.

Sandacz po polsku:

- po jednym sporym filecie sandacza na osobę

- po dwa jajka ugotowane na twardo, posiekane na osobę

- co najmniej ćwiartka masła na osobę

- sól, pieprz.


 

 

Komentarze (2)
Ab ovo...
 Oceń wpis
   

… w końcu mamy Wielkanoc! Więc trudno uciec od tak bieżącego tematu, tym bardziej szczególnego dla mnie osobiście, że pierwszy raz w życiu organizowałam rodzinne wieloosobowe (!) śniadanie wielkanocne u siebie – absolutna rewelacja :-) Byłam zachwycona już wiele dni wcześniej i z radością wstałam świtem, celem przygotowania pyszności.

Oczywiście zgubiła mnie typowa w tego rodzaju okolicznościach gorliwość neofity: absolutnie wszystkiego było ZA DUUUŻOOO, więc teraz należałoby urządzić następne dwie imprezki celem zagospodarowania całej pozostałej żywności ;-)

 

Co było hitem? Tradycyjne jajka faszerowane na ciepło, czyli dawno zapomniana przystawka z czasów łagodnego PRLu, biała kiełbasa pieczona z cebulą z kminkiem oraz kaczka tradycyjna po polsku z majerankiem. Co okazało się niewypałem? Nie napoczęta pozostała sałata ze świeżego szpinaku a’la caesar (notabene przepyszna, co stwierdziłam dopiero późnym popołudniem) oraz dwa wypasione półmiski ze wszystkimi wędlinami świata. Gdzieś pomiędzy usytuowały się wędzone rybki (tu przodował łosoś i pstrąg, czyli najapetyczniej prezentujące się na stole) oraz mizeria i cała reszta, w tym jajka na twardo w różnych odsłonach: z pięknym kawiorem czerwonym z łososia, malutkim czarnym, pastą z tuńczyka, tradycyjnym majonezem…

Ale do hitów! Jajka gotujemy na twardo, schładzamy, przepoławiamy w skorupkach (nóż z piłką jak do chleba będzie tu ideałem), delikatnie wyjmujemy ze skorupek połówki jajek i siekamy, jednocześnie wyławiając ewentualne zagubione w akcji malutkie cząstki skorupek, co by nas potem w zęby nie kuły ;-) Siekamy również drobno szczypiorek, mieszamy z jajkami i majonezem (w proporcji dwie czubate łyżki majonezu na osiem jajek) i taką pastą napełniamy puste skorupki. Na patelni lekko rozgrzewamy masło i układamy jajka skorupką do góry, uprzednio zanurzywszy mokrą częścią w bułce tartej. Przysmażamy na niewielkim ogniu około siedmiu minut – są przepyszne i naprawdę smakują wszystkim, z dziećmi na czele :-)

Z białą kiełbaską pójdzie znacznie łatwiej. Przysmażamy cebulę w proporcji dwie średniej wielkości na osiem niewielkich kiełbasek. W czasie smażenia mocno pieprzymy, lekko solimy i dodajemy łyżeczkę kminku. Cebulę układamy jak kołderkę w naczyniu do pieczenia, na niej układamy kiełbaski, wstawiamy do piekarnika (około 180 do 200 stopni) na mniej więcej 45 minut. Gotowe! Pachnie super i tylko wegetarianie oprą się spróbowaniu!

Co do kaczki, to przyznam, że sięgnęłam pamięcią do czasów, kiedy moje babcie oraz ciocie podawały własnej hodowli drób różnych rodzajów na niedzielne i świąteczne obiady. To mi uzmysłowiło, że wbrew wielu przepisom jednak kaczce należy poświecić nieco więcej czasu niż sugerowane często w przypadku piersi kaczki obsmażenie + 10-15 minut w piekarniku. Nabyte cudem (ostatnie w sklepie) trzy piersi oraz dwa duże uda dobę przed smażeniem zamarynowałam w pieprzu (dużo), soli (mało), majeranku (bardzo solidnie, nie żałowałam!), miodzie (kilka łyżek) i oliwie (kilku łyżkach). Do płaskiego bardzo szerokiego garnka wrzuciłam, zarówno nogi jak i piersi, tłuściutką skórą na gorący tłuszcz (lekko ją naciąwszy w kratkę) i podlałam obficie jałowcówką, czyli ginem ;-), pozwoliłam mu odparować i obsmażając przewróciwszy dwukrotnie, tak aby znów wylądowały na tłustej stronie, przykryłam i na bardzo małym ogniu dusiłam… kolejne dwie i pół godziny. Dodałam obrane i pokrojone w ósemki jabłka i poczekałam jeszcze dziesięć minut. Przygotowałam kaczki dzień wcześniej, więc spokojnie sobie ostygły i przed południem dnia następnego zostały odgrzane, co jak sądzę tylko im pomogło. Smakowały bardzo, co więcej jeszcze bardziej smakowały po kolejnym ich odgrzaniu wieczorem :-)

Jakie wnioski? W tak tradycyjne Święta warto być bardziej tradycjonalistą, tak w kwestii doboru potraw jak i ilości jedzenia przygotowanego co najmniej dla armii ;-) mimo trudności z późniejszym zagospodarowaniem tegoż – wszak wszyscy wiemy, że niezależnie od kryzysu, w Święta po prostu musi być na bogato ;-) Inny taki, że obok tradycji, warto pokusić się o smaczki dodatkowe, jak na przykład powyższe jajka faszerowane, kaczka czy… śledzik, tradycyjnie przypisany zupełnie innej kolacji – i tym razem znalazł swoich zwolenników – definitywnie wbrew tradycji, zgodnie z którą w związku z końcem wielkiego postu z dużą ulgą i radością żegnano się z tą wątpliwej urody, choć na szczęście wielkiego smaku, rybą.

Do przygotowania jajek faszerowanych potrzebujemy:

- osiem jajek

- dwie czubate łyżki majonezu

- pieprz, sól

- bułka tarta i masło do obsmażenia.

Do przygotowania białej kiełbasy:

- dwie średniej wielkości cebule

- łyżeczka kminku, sól, pieprz

- osiem małych kiełbasek.

Do kaczki:

- dwa uda, trzy piersi

- pieprz, sól, majeranek

- kilka łyżek miodu (5-7)

- kilka łyżek oliwy

- duży chlust ginu lub innej jałowcówki

- i duuuużo cierpliwości.    

Komentarze (1)
Jedna z moich wielkich kulinarnych miłości.
 Oceń wpis
   

Jak zostało zapowiedziane, dziś będzie o serach, których historia sięga wieków całych, a w moim życiu ich historia sięga pierwszego narciarskiego wyjazdu do Francji około 17 lat temu, kiedy to moja, wówczas jeszcze przyszła, Bratowa prowadząc miłe pogawędki z Panią sklepową dokonywała wyboru serów spośród na oko setek zgromadzonych na stoisku. Od tamtej pory sery stanowią istotny element kulinarny, i przyznam że moje podniebienie w równym stopniu od święta uwielbiam rozpieszczać champagne, jak i roquefort :-)

Z całą pewnością do dziś uwielbiam klasyczne brie, jak i camembert, ale też przecudownie łagodnego saint albreya oraz potwornie cuchnącego, ale za to bosko smakującego reblochona o gładkiej miękkiej konsystencji.

Podobnie, jak reblochon, specjalnością Sabaudii, a więc górzystego regionu, który ma szczęście posiadać w swoich granicach wysokie Alpy, są proste wiejskie potrawy jak tartiflette (ziemniaki, cebula, boczek, reblochon), raclette (roztopiony ser w towarzystwie wędlin i/lub warzyw) czy fondue savoyarde. Składnikiem nieodzownym i obowiązkowym w przypadku wszystkich powyższych są sery.

 

Moim faworytem jest fondue, które ma zapewne tyle samo zagorzałych zwolenników, co stanowczych przeciwników. Podawane w żeliwnym kociołku nasmarowanym ząbkiem czosnku stanowi mieszankę dwóch serów: Beauforta i Comte’a, rozpuszczonych w wysokiej temperaturze, a przede wszystkim w białym wytrawnym winie, choć na ostatnich nartach zdarzyło mi się jeść takie, w którym wino zostało zastąpione winem musującym. Przyznam, że mimo mojej wielkiej słabości do szampanów, cav, prosecco i wszelkich innych musujących brutów, różnica w smaku fondue pozostała niezidentyfikowana ;-) Fondue spożywamy maczając w żeliwnym stale podgrzewanym naczyniu z rozpuszczonymi serami kawałki czerstwej bagietki na-raz-do-buzi, przy pomocy specjalnego sztućca – naprawdę trudno przerwać taką ucztę! Niestety, po orgii należałoby wejść co najmniej na Mont Blanc, żeby spróbować spalić choć połowę pochłoniętych kalorii, o kondycji wątroby po takim wyczynie nie wspominając ;-)) 

Nigdy nie zdecydowałabym się na przyrządzanie tej potrawy w domu. Mam jednak wiele ulubionych potraw, które bez sera/serów nie miałyby racji bytu. Mamy tu fetę, bez której nie wyobrażam sobie ulubionej sałaty i ulubionych krewetek saganaki. Mamy również ukochane caprese, którego nie ma bez mozarelli. I wreszcie jeden z moich najbardziej ulubionych makaronów, czyli cztery sery. Jest idealnym rozwiązaniem, kiedy mamy mało czasu i niewiele w lodówce, a dodatkowo nie zdążyliśmy nic zjeść przez cały dzień.

Gotujemy makaron, taki jaki najbardziej lubimy. Ja gotuję papardelle lub tagliatelle. W tym samym czasie rozpuszczamy dwie łyżki masła, dodajemy dwie łyżki mąki i intensywnie mieszamy, dosypujemy mniejsze pół łyżeczki startej gałki muszkatołowej, kiedy mamy już jednolitą konsystencję powoli i konsekwentnie dolewamy zimne mleko, aż uzyskamy lejącą się konsystencję. Wówczas dodajemy sery. Oczywiście cztery ;-) Radzę eksperymentować z różnymi serami, osobiście uwielbiam połączenie sera pleśniowego typu camembert z ementalerem i niebieskim serem. Jak widać cztery sery, czyli trzy ;-))) Czwartym – parmezanem – posypuję danie na talerzu. Dużo pieprzymy, jeśli do stołu siadają tylko dorośli dolewamy pięćdziesiątkę wiśniówki.

Sos, jak najczulsza kochanka przylgnie do makaronu koniecznie al dente. I tak jak najczulsza kochanka, spowoduje natychmiastową rozkosz…. naszego podniebienia ;-)

Potrzebujemy:

- paczkę dobrej jakości makaronu

- dwie łyżki masła

- dwie łyżki mąki

- camembert

- ementaler

- niebieski ser

- pieprz, ewentualnie wiśniówka

- parmezan celem smakowitego posypania całości na talerzu.


 

 

Komentarze (5)
Czy mężczyźni bywają wierni, czyli o zazdrości.
 Oceń wpis
   

Z tytułu okoliczności, jakich ostatnio szczęśliwie doświadczyłam jeżdżąc w dwudziestostopniowym upale na nartach :-) miało być o francuskich serach, dla odmiany bogato zilustrowanych fotograficznie… Miało być, ale będzie następnym razem! Natomiast dziś za sprawą moich przyjaciółek (dzięki Ci, Boże, za to błogosławieństwo!) będzie również o francuszczyźnie, ale w nieco innej, myślę że dla wielu znacznie atrakcyjniejszej, a z pewnością ładniej pachnącej formie. Panie i Panowie! Tarte tatin w wersji wytrawnej.

Powszechnie przyjęło się uważać kolor żółty za symbolizujący zazdrość, mnie osobiście barwa ta kojarzy się ze słoneczną, żeby nie użyć słowa jasną (chyba już na zawsze ta optymistyczna piosenka będzie synonimem kiepskiego dnia Artura Boruca), stroną życia, pełnym słońcem, a zatem pełnym uśmiechem – znajduje się zatem bardzo daleko od mrocznej zazdrości. Natomiast w mojej głowie zazdrość ma kolor połyskliwej, jak laka, czerwieni. I dokładnie taki właśnie kolor i fakturę posiada pomidorowa tarta, którą ostatnio spożywałyśmy, dzięki jakiejś szczególnej koincydencji dyskutując o zazdrości, intuicji, co nigdy przypadkowo nie alarmuje oraz o tym, czy można oczekiwać wierności od kochających facetów. Bo skoro najpierw chcemy wojowników, to potem nie możemy udawać, że zamieniają się pod naszym wpływem w misie koala, bo jeszcze nie daj Boże okaże się to prawdą ;-) Wynik dyskusji – zdecydowanie niejasny ;-)))

Na szczęście co do tarty dyskusji nie było ;-)i na szczęście wyrok był pozytywny, a więc do dzieła, bo jak widać barwa czerwieni, śliska i gładka faktura, delikatna i chrupka konsystencja, gorący zapach i smak południa sprzyjają super ekscytującym rozmowom.

Obieramy i filetujemy, przepoławiając je wzdłuż szypułki, dużo pomidorów, co najmniej dziesięć. Układamy bardzo ściśle środkami do góry na solidnie naoliwionej formie do pieczenia. Moją faworytą jest okrągła szklana klasyczna forma do tarty. Sporo cukrzymy, ze względu na dalszą obecność anchoisów (zdecydowanie polecam helskie) bardzo ostrożnie solimy, oraz porządnie pieprzymy i wstawiamy do nagrzanego do 220 stopni piekarnika na około 30 minut. Czas pieczenia zależy od jakości pomidorów: słonecznym, letnim pomidorom wystarczy 20 minut, a te zimowe potrzebować będą i trzech kwadransów.

W między czasie siekamy dwie duże cukrowe cebule, wrzucamy na bardzo rozgrzany olej, mieszamy, dodajemy pół garści suszonego tymianku i sporo pieprzu. Mocno usmażoną cebulę po łyżeczce układamy na każdej połówce pomidora i również na każdej połówce układamy po jednym śledziku, całość przykrywamy kupionym ciastem francuskim i podziurkowawszy widelcem wstawiamy do piekarnika na kolejne 20 minut.

Kiedy będzie smakowicie zrumienione wyjmujemy, przykrywamy dużym talerzem lekko większym niż forma w jakiej pieczemy i bez wahania zdecydowanym nie znoszącym sprzeciwu ruchem odwracamy naszą tartę z głowy na nogi. I natychmiast podajemy.

W moim odczuciu poza rzeczywiście perfekcyjnie grającym połączeniem składników w daniu tym uwodzi konfrontacja absolutnie uległej rozpadającej się słodyczy pomidorów z fantastycznie chrupiąco-stawiającym-opór-zębom rozwarstwiającym się na tysiące delikatnych płatków ciastem. Można posypać startym parmezanem lub soczystą i pikantną rucolą. Zdecydowanie do jedzenia w smakowitym towarzystwie dobrego wina, zwłaszcza jeśli przy okazji wygeneruje się nam TAKA dyskusja :-)

Potrzebujemy niewiele, czyli jak znalazł na kryzys:

- dziesięć pomidorów

- dwie duże cukrowe cebule

- puszka anchois helskich

- paczka gotowego mrożonego ciasta francuskiego

- pieprz, sól, tymianek, cukier

- ewentualnie parmezan lub rucola.

------------------------------------------------------------------------------------

czy to wojownik ? czy miś koala ?

Komentarze (0)
Sos a'la St. Christina ;-)
 Oceń wpis
   

Jestem wielką fanką nart, w ubiegłym roku niestety udało mi spędzić rozkoszując się tą rozrywką jedynie dwa (!) dni, ale za to po raz pierwszy zimowo we Włoszech. Pięknie ośnieżone słoneczne stoki zachwyciły mnie bosko swobodną, zwłaszcza w porównaniu z obłaskawionymi od lat francuskimi, i nieprzyzwoicie zabawową atmosferą luzu ponad europejską miarę. Jak dotąd tylko tam widziałam smakowicie roznegliżowane blond (!) choć nie tylko wspaniale przez naturę obdarzone piękności wijące się w środku dnia wokół rurek wprost na barze zlokalizowanym wysoko na stoku – żyć nie umierać – tylko Włosi tak cudownie potrafią uprawiać dolce vita oraz dolce far niente :-)

Między innymi rozpieszczałam się tam specjalnościami cucina (wspomnienie pizzy z truflami do dziś powoduje natychmiastowy głód nie do opanowania) oraz oczywiście przepysznymi winami. Jednak przyjazd mój został również zaanonsowany kulinarnie i tak miałam przyjemność gotować dla osób bliskich mojemu bratu, które pochwaliły kolację wówczas, co zawsze jest ogromną radością oraz jak się okazało pamiętają do dziś, co oczywiście powoduje że puchnę z radości, dumy, a także wzruszam się zupełnie nieprzyzwoicie ;-)

A więc prosty i szybki sposób na makaron z sosem z tuńczyka, ze względu na powszechną dostępność jego składników, do ugotowania praktycznie zawsze i wszędzie. Dla dwóch osób potrzebować będziemy czterech – pięciu dużych pomidorów, które po błyskawicznym wykąpaniu we wrzątku obieramy i patroszymy z mokrych wnętrz, siekamy niezbyt drobno. Siekamy również dwie małe cebule oraz dwa ząbki czosnku, szklimy przez kilka minut, dolewamy pół szklanki wytrawnego białego wina, które lekko odparowujemy. Dodajemy pomidory i smażymy kwadrans albo i dwa, w zależności czy lubimy w sosie czuć konsystencję warzyw czy raczej preferujemy gładką sosową masę. W między czasie lekko solimy, bardzo mocno pieprzymy, dosypujemy małą garść suszonych ziół (do wyboru albo w zespole: bazylia, oregano, zioła prowansalskie). Na finiszu dokładamy zawartość puszki z tuńczykiem (niestety sprawdza się tu raczej zasada, że jeśli mamy w sklepie do wyboru – wybieramy droższy, raczej na pewno będzie lepszy, a w przypadku tego sosu jakość z pewnością będzie miała znaczenie). I na koniec dodajemy posiekane w krążki, ale niezbyt drobno, czarne oliwki oraz pokruszony ser feta (można zastąpić go śmietaną, jeśli ktoś woli).

Ugotowany al dente makron rodzaju dowolnego, czyli najbardziej ulubionego, polewamy sosem i gotowe. Jeśli akurat mamy pod ręką, fajnie zrobi mu udekorowanie świeżą bazylią. Kto wie, po takiej solidnej i zdrowej kolacji, to może nawet gustom i oczekiwaniom rozpasanej włoskiej Lalki ze stoku uda się podołać ;-)))

Czego potrzebujemy:

- puszka tuńczyka

- cztery-pięć dużych pomidorów

- dwie cebulki

- dwa ząbki czosnku

- pół szklanki wina

- opakowanie sera feta

- sól, pieprz, zioła.

 

 

Komentarze (0)
Czy szczury potrafią gotować - rzecz będzie o ratatouille.
 Oceń wpis
   

Uwielbiam tę prowansalską potrawę o rodowodzie wywodzącym się z dekadencko pięknej Nicei. Ostatnio rozsławiona przez animowany film o tożsamym tytule, w którym w roli genialnego szefa kuchni karkołomnie ulokowano szczura, co przyznacie szczególnie smakowicie i atrakcyjnie nie brzmi. To pewnie dlatego dopiero dziś będzie o ratatouille, choć danie to moim zdaniem najlepiej smakuje jesienią.

Tajemnicą jego smakowitego przyrządzenia jest… czas i cierpliwość, ponieważ trzeba każdy składnik usmażyć oddzielnie. Zaczynamy od pokrojenia w około centymetrowe plastry dwóch-trzech bakłażanów, posypane solą zostawiamy na co najmniej pół godziny, żeby się spociły. W między czasie obieramy i siekamy dwie-trzy cebule oraz cztery ząbki czosnku. Obieramy po zanurzeniu we wrzątku cztery-pięć pomidorów, pozbawiamy je również wnętrza, siekamy. Kroimy na plastry dwie-trzy cukinie. Osuszamy papierowym ręcznikiem bakłażany. I zaczynamy mozolne smażenie. Czyli każdy plaster bakłażana i cukinii obsmażany krótko oddzielnie. Na dużej głębokiej patelni lub płaskim dużym garnku szklimy cebulę, dorzucamy pomidory, obficie dosypujemy suszonej bazylii i oregano (w zależności od smakowych upodobań można zastąpić je mieszanką ziół prowansalskich), mocno pieprzymy i lekko solimy. W zależności od jakości pomidorów, możemy lekko dosłodzić. Dokładamy przesmażone bakłażany i cukinie. Podlewamy niepełną szklanką wytrawnego białego wina. Delikatnie mieszamy i trzymamy na bardzo małym ogniu góra kwadrans. W ortodoksyjnej wersji nicejskiej w daniu tym występują papryki, ja jednak nie toleruję skórki papryki i hulającej w niej goryczki, a pieczenie papryki celem usunięcia z niej skórki wydłużyłoby i tak długi proces gotowania tego dania. Ale jeśli nie macie nic przeciwko papryce, dodajcie dwie soczyste słodkie papryki, może dla urozmaicenia jedną żółtą, jedną czerwoną?

Podajemy na ciepło lub na zimno, jako samodzielne danie w towarzystwie rozkosznie chrupiącej bagietki burżujsko i niestosownie grubo posmarowanej masłem lub jako dodatek do pieczonego mięsa lub tłustej ryby.

Nie bez powodu w filmie o kulinarnych wyczynach genialnego szczura to właśnie ratatouille staje się daniem wstrząsającym do cna oraz rzucającym na kolana krytyka kulinarnego recenzującego knajpy. Smakowicie przyrządzone potrafi zaszumieć w głowie jak słoneczne wiosenne zauroczenie oraz świeże wino w jednym :-)

Czego potrzebujemy:

- dwie-trzy cebule

- cztery ząbki czosnku

- cztery-pięć pomidorów

- dwa-trzy bakłażany

- dwie-trzy cukinie

- ewentualnie papryki

- bazylia, oregano, pieprz, sól, ewentualnie cukier

- niepełna szklanka wina.

 

 

Komentarze (0)
Rozmiar ma znaczenie, czyli nie koniecznie o miłości ;-)
 Oceń wpis
   

Wszyscy wiemy, że w pewnym wieku w kulturalnym towarzystwie już nie pyta się kobiet o wiek, tym samym we własne urodziny nie ma się z czego cieszyć, a tym bardziej rocznicy takiej świętować.

Jednak w ostatni weekend spotkałyśmy się z przyjaciółkami celem uczczenia babską kolacją urodzin . Ponieważ kocham je miłością wielką, jak również doceniam ich wysublimowany smak i wysoko ustawione oczekiwania kultywowane latami w naszym low profile kręgu, co najmniej od tygodnia przemyśliwałam, jaka potrawa zdoła sprostać tym wszystkim tematom sklasyfikowanym w kategorii ‘top secret’.

Odpowiedzią stał się pokarm cesarzy czyli czarny ryż (nie mylić z dzikim) oraz zawsze ekscytujące wielkie krewetki, tym razem dość ekscentrycznie smażone w pomarańczach z chili i odrobiną miodu. W połączeniu z klasyczną rukolą z pomidorami, parmezanem i słodko doprawionym gęstym balsamino stały się fantastycznym tłem dla cudownych dyskusji tak na temat znaczenia rozmiaru w życiu każdej kobiety, jak i dociekań czy naprawdę stymulacja piersi może prowadzić do orgazmu ;-). Wnioski niejednoznaczne :-) na szczęście co do krewetek żadnych wątpliwości nie było, a ryż stał się prawdziwym odkryciem. 

Kupujemy czarny ryż (riso nero), który w klasycznej włoskiej cucina fantastycznie łączy się z atramentem kałamarnicy. Tutaj jednak przygotujemy go solo wyłącznie z towarzyszeniem cebulki. Wydaje się, że ideałem byłaby szalotka, ja jednak nie miałam wystarczająco dużo czasu na obieranie i siekanie co najmniej kilku, toteż użyłam mojej ulubionej białej cukrowej w ilości dwóch sztuk na całe opakowanie ryżu. Zeszkliłam bardzo drobno posiekaną, po czym wsypałam ryż i około trzech-czterech minut smażyłam. Podlałam prawie szklanką białego wytrawnego wina i mieszałam. Kiedy ryż wchłonął wino, dolewałam po trosze przegotowanej wody (z pewnością bulion również byłby tu na miejscu). Na bardzo małym ogniu trzeba gotować go znacznie dłużej niż na przykład arborio – myślę, że w sumie może to być nawet więcej niż godzina. Pod sam koniec dosypujemy sporą ilość startego parmezanu. Gotowy riso nero stawia lekki opór przy gryzieniu, ma drobne czarne jak asfalt ziarenka i zdecydowanie orzechowy smak. Wzbudza powszechny zachwyt graniczący z rozkoszą.

Krewetki, w ilości dwóch pół kilogramowych paczek, po umyciu i osuszeniu, szybko smażymy na bardzo mocnym ogniu, dorzucając kilka pozbawionych pestek chili. Kiedy krewetki zalotnie się zaróżowią podlewamy je sokiem wyciśniętym z trzech uprzednio porządnie wymasowanych soczystych pomarańczy oraz dodajemy trzy łyżki miodu. Kolejne trzy pomarańcze filetujemy sposobem szefów kuchni, czyli płasko skrajamy czubek i dupkę i obkrajamy ze wszystkich stron. Potem wystarczy bardzo ostrym nożem wykroić kolejne cząstki – iście chirurgiczna i wymagająca sporej cierpliwości robota ;-)Dorzucamy je do krewetek i trzymamy jeszcze minutę na bardzo mocnym ogniu, wyjmujemy z garnka pozostawiając w nim sos, który odparowujemy i dorzucamy kawałek masła. Intensywnie mieszamy, najlepiej trzepaczką, podajemy w osobnym naczyniu, najchętniej w staromodnej konserwatywnej sosjerce. Można posypać posiekaną świeżą kolendrą.

Wracając do tematu – czy rozmiar ma znaczenie? Jeśli chodzi o krewetki to z pewnością – im większe tym lepsze, niektóre z nas uważają, że twierdzenie to da się rozszerzyć również nainne sfery ;-))) 

Ryż:

- opakowanie czarnego ryżu

- dwie cebule cukrowe lub kilka szalotek

- białe wino wytrawne

- pieprz, sól.

Krewetki:

- dwie półkilogramowe paczki krewetek

- kilka papryczek chili

- dwie-trzy łyżki miodu

- sok z trzech pomarańczy

- trzy wyfiletowane pomarańcze

- masło.

 

Komentarze (5)
Tylko dla MACHO.
 Oceń wpis
   

Czyli rzecz będzie o strogonowie, który w epoce minionego szaleństwa krów zdecydowanie nie jest daniem dla każdego i na każdą okazję, co więcej jest ostentacyjnie i bezczelnie jawnym protestem wobec politycznie poprawnej ideologii eko-bio-wegeterianizmu!

Jeśli jednak Drogie Panie i/lub Panowie planujecie ugościć kolacją dwustuprocentowego MACHO, tylko prawie surowy półkilogramowy stek z wołowiny argentyńskiej byłby lepszy niż Strogonoff ;-)))

Dla tych, co lubią nawiązać intymną konwersację ciekawostką na temat tego, co właśnie spożywamy – nazwa ponoć pochodzi od nazwiska bardzo bogatej i bardzo znanej w Rosji epoki Piotra I rodziny, którą między innymi stać było na świetnego francuskiego kucharza (dziś pewnie właściwszym słowem byłoby Szef Kuchni), który będąc autorem tego dania nadał mu imię swego mecenasa ;-). Danie niezwykle popularne w czasach, kiedy to na żądanie rachunku w eleganckiej knajpie podchodził kelner w wieku powyżej średniej z przewieszoną przez rękę białą serwetą i nachylając się nisko teatralnym szeptem mówił: ‘dwieście osiemdziesiąt SIĘ NALEŻY!’. Wraz z szatniarzem, w większości przynajmniej stołecznych knajp, stanowili tandem zarazem nie do zabicia i zdolny do załatwienia absolutnie WSZYSTKIEGO ;-)  Danie dziś nieco zapomniane. Nie oznacza to jednak, że straciło swój smak i urok!

Chronologicznie zaczynamy od umieszczenia we wrzątku paczki suszonych borowików, powinny gotować się w małej ilości wody około 40 minut, po pół godzince dodajemy paczkę mrożonych borowików lub podgrzybków (raczej unikamy maślaków ze względu na ciągutkową konsystencję, którą generują).

 

Kupujemy (w dobrym i sprawdzonym miejscu) kawał świeżej i najpiękniejszej, jaką kiedykolwiek widzieliśmy, polędwicy wołowej. Kroimy ją w kawałki mniej więcej 4 x 4 cm. W wersji ortodoksyjnej należałoby kroić mięso w cienkie i długie ‘ścinki’ – niektórzy tu upatrują etymologii nazwy tego dania (od rosyjskiego słowa ‘strogat’, czyli ciąć na kawałki), jednak w takich większych fragmentach mięso wydaje się pozostawać bardziej soczyste. Mocno pieprzymy świeżo zmielonym pieprzem.

Siekamy dość drobno cebulę, około dwóch średnich sztuk klasycznej cebulki na każdy kilogram mięsa. Siekamy również kilka ząbków czosnku.

W dużym i szerokim garnku dość mocno rozgrzewamy olej (ostatnie doniesienia mówią, że najzdrowiej rzepakowy) i smażymy wrzucając partiami lekko oprószone mąką mięso. Czekamy aż ze wszystkich stron się zrumieni i dorzucamy kolejną partię. I tak aż do wyczerpania całości.

W między czasie na oddzielnej patelni przesmażamy cebulkę (można w trakcie dodać łyżkę – dwie masła), kiedy się zeszkli dorzucamy również czosnek.

Kiedy całe mięso mamy zrumienione, a cebulkę zeszkloną, łączymy zawartość obu naczyń i po dokładnym wymieszaniu, dolewamy pół butelki dobrego bardzo wytrawnego wina czerwonego (pamiętając o świętej ;-) w kuchni zasadzie mówiącej, że nie używamy do gotowania wina, którego nie podalibyśmy do smakowitego picia). Dorzucamy dwie garści mrożonej siekanej włoszczyzny (ja kupuję Hortexu) oraz kilka listków laurowych, kilka ziarenek ziela angielskiego oraz kilkanaście ziarenek czarnego pieprzu. Solimy. Dolewamy nasze grzyby (w innych wersjach przesmażamy wyłącznie pieczarki wraz z cebulką, można spróbować, choć moim zdaniem borowiki są dużo bardziej aromatyczne) Stawiamy na bardzo małym ogniu i gotujemy jeszcze około godziny, bardzo często mieszając. Próbujemy, mnie z reguły w samym sosie brakuje tego czegoś bardzo nieokreślonego, małego smaczku, który byłby jak finalny dymek ‘po’ ;-) wtedy dodaję płaską łyżkę cukru :-)

Takiego strogonoffa podaję z super świeżym pieczywem, najlepiej takim solidnym polskim szarym chlebem, kupionym jeszcze ciepłym, ze smakowicie chrupiącą skórką, która porani nam podniebienie. Ale jestem pewna, że równie dobrze będzie smakował z także bardzo polską kaszą gryczaną lub pieczonymi z rozmarynem ziemniakami.

Mój Tata, definitywnie dwustuprocentowy macho, na pewno do tego dania podałby gęsto zmrożoną bardzo dobrej jakości wódeczkę – zaufałabym całkowicie Jego wyborowi :-)))

Potrzebujemy:

- 2 kg pięknej bardzo świeżej polędwicy wołowej

- 4 cebule klasyczne żółte

- 6 ząbków czosnku

- paczka suszonych borowików

- 300 gramowa paczka borowików mrożonych

- dwie garści mrożonej włoszczyzny

- liście laurowe, ziele angielskie, pieprz, sól, ewentualnie cukier.

Komentarze (3)
Klasyka po francusku.
 Oceń wpis
   

Paryż… oficjalnie najbardziej romantyczne miasto na świecie. Mnie najbardziej kojarzy się z pewnym trzydniowym wyjazdem bardzo dawno temu, kiedy to ciężko chora, łaziłam z moim bratem na przełomie listopada i grudnia po ulicach miasta, na które pierwszy raz w życiu było mnie naprawdę stać :-)

  •  

  • Najmilej wspominam przeciągające się wizyty w klasycznych bistro de Paris – długie gaduły przy obowiązkowo zimnym demi presssion lub chardonney i tych wszystkich francuskich mega pysznościach, z definitywnie NIE eko-bio foie gras we wszelkich postaciach na czele. Ponieważ dziedzicznie zostałam obdarzona ponadprzeciętnie czułym węchem - co na co dzień jest raczej zgrozą niż przywilejem - Paryż dla mnie ma przede wszystkim zapach. I to jest właśnie zapach, który otula Cię niczym miękki, ciepły koc kiedy wchodzisz do takiego najbardziej lokaleskiego bistro – to jest zapach gratinee d’oignons, czyli zupy cebulowej zapieczonej pod grzanką.


    To jest danie wymagające: potrzeba sporo czasu, żeby osiągnąć poziom rzucający na kolana i jeszcze więcej poświęcenia – przy obieraniu i siekaniu cebuli z pewnością popłaczemy się solidnie, dogłębnie i fundamentalnie. Z drugiej strony, być może stanie się to rozsądną i usprawiedliwioną szansą na omówienie z samą/samym sobą wszelkich spraw drażliwych, bolesnych i niewybaczalnych, co prawdopodobnie jest jedną z najważniejszych funkcji cebulówki ;-)

     

    A więc, jak się rzekło, obieramy i siekamy około 1,5 kilograma cebuli, najchętniej najbardziej klasycznej. W paryskich knajpach kroją je w taki sposób, że po obraniu przepoławiają cebulę wzdłuż, po czym siekają ją w tzw. pióra. Rozgrzewamy około pół kostki masła i przesmażamy cebulę, kiedy się zeszkli dorzucamy kilka ząbków czosnku. Dodajemy łyżkę mąki i intensywnie mieszamy. Zmniejszamy ogień i karmelizujemy naszą cebulkę przez około pół godziny, bardzo często mieszając i ewentualnie dodając jeszcze masła. W między czasie dorzucamy świeżo starty pieprz i roztarty w dłoniach tymianek w bardzo dużej ilości (przynajmniej trzy czubate łyżki).

    Po minimum 30 minutach dolewamy pół butelki dobrego wytrawnego wina białego i lekko odparowujemy. Dolewamy wodę lub bulion. Ile? To zależy wyłącznie od indywidualnych preferencji ;-) Bardzo mocno pieprzymy i nieco solimy.

    I teraz procedur jest bardzo wiele. Najbardziej klasyczna metoda mówi, że należy nalać zupę do naczyń, w których ją podamy, a więc kokilek, które przykrywamy natartą czosnkiem grzanką z bagietki, posypujemy startym serem gruyere i zapiekamy. Mnie ze względu na ograniczoną wielkość piekarnika, najbardziej odpowiada lekkie odwrócenie kolejności, a więc zupa dochodzi w wielkim garnku, a tymczasem przygotowujemy grzanki (przepis w jednym z poprzednich wpisów, o najprostszych krewetkach). Toteż nalewam zupę do kokilek/talerzy, uprzednio umieściwszy w nich po sporej grzance z serem i podaję.

    Zapach Paryża, takiego bardziej swojskiego, słodki, cebulowy, tymiankowy… a jeśli jeszcze ktoś w tym samym czasie zapali gauloise’a – mamy klimacik absolutnie autentyczny jak z filmu Ronin, mojej duszy znacznie bliższy niż ten walentynkowy ;-)

    Czego będziemy potrzebować?

    - około 1,5 do 2 kg cebuli

    - około pół kostki masła, no może 3/4

    - kilka (6/7) ząbków czosnku

    - pół butelki białego wytrawnego wina

    - dużo tymianku, sól, pieprz

    - grzanki z bagietki lub innej białej bułki

    - starty ser gruyere.


     

     

     

     

    Najmilej wspominam przeciągające się wizyty w klasycznych bistro de Paris – długie gaduły przy obowiązkowo zimnym demi presssion lub chardonney i tych wszystkich francuskich mega pysznościach, z definitywnie NIE eko-bio foie gras we wszelkich postaciach na czele. Ponieważ dziedzicznie zostałam obdarzona ponadprzeciętnie czułym węchem - co na co dzień jest raczej zgrozą niż przywilejem - Paryż dla mnie ma przede wszystkim zapach. I to jest właśnie zapach, który otula Cię niczym miękki, ciepły koc kiedy wchodzisz do takiego najbardziej lokaleskiego bistro – to jest zapach gratinee d’oignons, czyli zupy cebulowej zapieczonej pod grzanką.

     

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 |