ABSOLUTne zauroczenie!
 Oceń wpis
   

 Zdarzył mi się ostatnio honor bycia jurorką w konkursie ABSOLUT Bartender of the year. Fantastyczne doświadczenie! Spróbowałam prawie dwudziestu (!!!) drinków z kategorii ‘after dinner’ – Bóg mi świadkiem, że nie jestem w ogóle specjalistą w tej dziedzinie…  Tak czy owak, odkryć było co najmniej kilka: drink wyróżniony, czyli super wytrawny smak i kwiat w ozdobie, róża w kieliszku i róża w smaku i zapachu (ABSOLUTne odkrycie!) oraz last but not least miodowo-śmietankowy zwycięzca! Wszystkie w swoim składzie zawierały doskonałej jakości wódkę ABSOLUT, co w oczywisty sposób sprowokowało bardzo wiele skojarzeń.

Po pierwsze, to szwedzka wódka, a co za tym idzie szwedzka IKEA, szwedzka prostota, szwedzki łosoś. Co w mojej  głowie wywołuje natychmiastowe skojarzenie z sosem z łososiem, wódką i kawiorem. Po drugie, wódka, czyli destylat. Są tacy, którzy twierdzą, że historia współczesnej ludzkości rozpoczęła się wraz z pozyskaniem wiedzy, jak go uzyskać.
 
Czy wszyscy wiedzą, że wódeczka wywodzi się z Polski? Nawet w encyklopediach o tym piszą  Bywa lekiem, również na całe zło   Bywa cudowną rozrywką. Bywa niezastąpionym składnikiem potraw. I właśnie o takim przypadku poniżej.
Makaron z sosem. Cóż może być prostszego? Otóż, gwarantuję, że po takim makaronie z pewnością nikt nie pozostanie obojętny!
 
Siekamy bardzo drobno dwie cebule oraz cztery ząbki czosnku. Kroimy w całkiem spore kawałki marynowanego (skandynawskiego gravlaxa) lub wędzonego łososia.
W dużym garnku wrzucamy na osolony wrzątek makron typu tagliatelle lub papardelle.
Na patelni obok szklimy cebulę, dorzucamy czosnek oraz łososia. Zalewamy setką wódki, podpalamy, jeśli mamy wystarczająco dużo odwagi, lub odparowujemy.
 
Mieszamy. Kubeczek tłustej śmietany hartujemy szczyptą soli i szczyptą mąki razowej oraz łyżką sosu z patelni. Dolewamy do garnka z łososiem. Pieprzymy. Zagotowujemy.
Makaron mieszamy z sosem, podajemy udekorowany czarnym kawiorem. Smakuje ABSOLUTnie 
 
Czego potrzebujemy?
 
- paczkę papardelle lub tagliatelle
 
- dwie małe cebulki
 
- cztery ząbki czosnku
 
- 400 gr łososia marynowanego lub wędzonego
 
- prawie setka wódki czystej
 
- kubeczek tłustej śmietany
 
- sól, pieprz, mąka
 
- czarny kawior.
 
 
Komentarze (0)
Najpiękniejsza kosmopolitka.
 Oceń wpis
   

W dzisiejszej ‘gazecie’ (z 10 lipca) napisali, że większość z nas, Polaków, jest za parytetem względem płci, w przeciwieństwie do… obecnej minister ds. równego statusu kobiet http://wyborcza.pl/1,75478,6807518,Narod_za_kobietami.html .  Ot, co! Świat staje na głowie, można by rzec. Ja powiem: jestem z nas dumna! Jesteśmy mądrzejszym i bardziej świadomym społeczeństwem niż komukolwiek z nas oraz nich, czyli tych bardziej przy władzy, by się wydawało.

Więc na fali mojego buchającego właśnie patriotyzmu, będzie o kolejnym polskim specjale, czyli szynce. Temat rzeka. Bardzo męski. Moja ostatnia przygoda z szynką spektakularnie rozegrała się w odsłonie krajobrazu mazurskiego w towarzystwie pięknych kobiet i bardzo męskich mężczyzn, z których jeden uwędził, a inny przygotował do bezpośredniego spożycia naprawdę filmowy kawał szynki.

Heros Kwiatek i jego łup !

Obecni spożywali grube na półtora centymetra plastry ciepłej szynki używając w tym celu wyłącznie dłoni, które post fatum dobitnie zaświadczały o soczystości mięsa. Nie muszę dodawać, że towarzyszący mi pies Mister kompletnie oszalał :-) Szynka okazała się być kosmopolitką, ponieważ, ku zdumieniu, starannie wyselekcjonowana przyjechała ze stolicy i dopiero na miejscu - in the middle of nowhere mazurskiej głuszy - nabrała swojskiego charakteru i soczystej krzepy.

 (to jest krzepka szyneczka !!!)

Przypomniała mi ona nagle o sosie Alfredo, o którym już wiele tygodni temu miałam napisać i … trochę zapomniałam. Być może musiał on poczekać na mazurskie olśnienia. Kiedyś czytałam, że sos ów genezę swoją ma w kapryśnej naturze kobiety z jednej strony, a wielkiej miłości z drugiej. Otóż ponoć tytułowy Włoch Alfredo głowił srodze się nad przypadłością swojej żony, która była… niejadkiem straszliwym. Toteż żeby zachęcić ją do spożywania bądź co bądź narodowego specjału, sporządził sos do pasty w oparciu o masło, śmietankę i parmezan. Dziś wariacji na temat takiego sosu z pewnością są dziesiątki.

Moja wzięła się ze szczególnego ostatnio zamiłowania mojej ukochanej Zuźki do spożywania makaronów z sosem białym. W odpowiedzi więc, wrzuciwszy już na wrzątek makaron (kształt dowolny, ale raczej z większą powierzchnią do oblepiania) na maśle przesmażyłam drobno posiekany czosnek wraz z pokrojoną w dość drobne paski szynką (i cały czas żałuję, że wówczas nie byłam w posiadaniu tej warszawsko-mazurskiej charakternej dziewuchy!). Kiedy już bardzo zapachniało, dorzuciłam zielony groszek i wlałam śmietanę (zawsze tłustą, wymieszaną ze szczyptą soli i szczyptą mąki razowej), zagotowałam. Popierzyłam, ze względu na obecność szynki nie soliłam. Dorzuciłam garść startego parmezanu, zamieszałam żeby się rozpuścił.

Ugotowany al dente i odcedzony makaron wrzuciłam do sosu, zamieszałam. Na stole obok talerza z daniem, podałam również drobno starty parmezan, do posypania już samodzielnie. Zdaniem Zuźki, której to małe święto obchodziliśmy, a także towarzyszącej jej Luli i Mary, danie okazało się być strzałem w dziesiątkę, mnie pozostaje dodać - polecam! Zwłaszcza, kiedy na naszej drodze spotkamy wszelkiej maści niejadków, również tych emocjonalnych  ;-))) 

Potrzebujemy:

- paczkę dobrego makaronu

- masło, pieprz

- cztery ząbki czosnku

- sześć grubszych i większych plastrów szynki

- puszka zielonego groszku

- kubeczek tłustej śmietany

- szczypta soli, szczypta mąki razowej

- opakowanie parmezanu

 

Komentarze (0)
Nostalgiczna słodycz pożegnania.
 Oceń wpis
   

O truskawkach, podobnie jak o szparagach, w ostatnim czasie wszędzie dużo się pisze i smakuje. Ponieważ, jak poinformował mnie mój Pan z lokalnego warzywniaczka, truskawki właśnie się kończą, a ‘takich pięknych jak dziś, to już nie będzie w tym sezonie’ postanowiłam w drodze wyjątku nabyć całą łubiankę!

 

Na wieczór szykowali się goście, toteż postanowiłam że pożegnanie truskawek uczcimy świeżutkim sernikiem z towarzyszeniem zmiksowanych z odrobiną Cointreau truskawek.

Historia sernika w moim życiu w sposób absolutnie nierozerwalny łączy się z historią wielkiej miłości. Otóż nauczyłam się go piec dla Niego, ponieważ ze wszystkich delicji i rarytasów najbardziej kocha On serniczek. Dodam, że dotąd jednym ciastem na jakie się porywałam (od naprawdę wielkiego dzwonu!) był pleśniak. Jak można się domyślić od pleśniaka do sernika droga bardzo daleka…

Kiedy już poznałam Jego preferencje kulinarne, należało działać. Dlaczego? Odsyłam do mojego manifestu ;-)Poprosiłam o pomoc moją ukochaną Ajdżijkę, która fenomenalnie gotuje i genialnie wręcz piecze. Poniższy przepis jest nieco zmodyfikowaną wersją jej sernika.

Na dużą blachę, którą cztery dorosłe osoby zjedzą w dwa, góra trzy dni, mielimy, jeśli mamy maszynkę, lub miksujemy tak jak w moim przypadku 1,5 kilograma twarogu, moim zdaniem najlepszy będzie tłusty, ale z półtłustego również wyjdzie ;-). Oddzielamy białka od żółtek sześciu jajek. Żółtka dodajemy do sera wraz z jednym opakowaniem cukru waniliowego, łyżeczką proszku do pieczenia, dwoma zapachami do ciasta (ja uwielbiam olejek rumowy świetnie współgrający z rodzynkami, ale doskonale wypadnie również migdałowy), półtorej kostki rozpuszczonego i przestudzonego masła, trzema czubatymi łyżkami mąki razowej oraz połową szklanki brązowego cukru. Mieszamy wszystko bardzo dokładnie.

Dorzucamy dwa opakowania kandyzowanej skórki pomarańczowej oraz opakowanie rodzynek królewskich sułtanek (tu sprawdza się obiegowa opinia dotycząca mężczyzn – im większy rozmiar, tym lepiej).

Ubijamy białka – mnie niestety nigdy się to nie udaje – taka karma ;-) Na szczęście nie szkodzi to sernikowi :-) Dodajemy do sera i reszty, ostrożnie mieszamy.

Wspomnianą wcześniej dużą blachę wysmarowujemy masłem (przyznam, że uwielbiam to robić – to prawie tak samo dobre jak skakanie w środku kałuży w największą ulewę), wysypujemy bułką tartą, wlewamy nasz ser ze wszystkim. Wstawiamy do rozgrzanego do 220 stopni piekarnika. Pieczemy co najmniej godzinę i 15 minut, z mojego doświadczenia wynika, że raczej 1,5 godziny.

W między czasie myjemy i usuwamy szypułki z co najmniej kilograma truskawek. Miksujemy je z płaską łyżką cukru (oczywiście jeśli są słodkie, soczyste i dojrzałe, jak piękna świadoma swoich zalet i możliwości czterdziestolatka ;-) i pięćdziesiątką Cointreau.

 

Podajemy nasz sernik oprószony cukrem pudrem, bardzo łakomie oblany lekko wstawionymi truskawkami w towarzystwie kilku żywych owoców, co to właśnie się kończą…

  • W moim domu sernik jest synonimem największej na świecie miłości, co to zdarza się tylko w filmach i powieściach, a Wy macie taki synonim? Napiszcie, proszę!

    Czego potrzebujemy?

    - 1,5 kg twarogu

    - sześć jajek, oczywiście najlepiej z zerem na początku

    - 1,5 kostki masła

    - cukier waniliowy

    - pół szklanki brązowego cukru

    - łyżeczka proszku do pieczenia

    - dwa olejki rumowe

    - dwa opakowania kandyzowanej skórki pomarańczowej

    - opakowanie rodzynek sułtanek

    - masło, bułka tarta

    - co najmniej kilogram truskawek, płaska łyżka cukru, pięćdziesiątka Cointreau.


     

 

Komentarze (1)
Kobieca niesolidarność. Zdaniem mężczyzn - kompromis.
 Oceń wpis
   

Zanim na dobre rozpocznę pisanie innego bloga, który będzie eksplikacją mojego osobistego dżihadu, wykorzystam już ten istniejący ;-), za co przepraszam bo dziś będzie przede wszystkim nie o gotowaniu.

Otóż sobotnią późną nocą zdarzyło mi się zatrzymać na ulubionej stacji i trzasnąć prawie całą powtórkę ‘Szkła kontaktowego’www.tvn24.pl/szklo_kontaktowe.html Muszę przyznać, że około trzeciej w nocy z reguły znajduję inne ciekawsze zajęcia niż tv, jednak tym razem nie byłam w stanie oderwać się od ekranu. Dlaczego?Ponieważ zaczęło się od, mniej lub bardziej, ciasteczkowych potworów i tak od słowa do słowa o ciasteczkach i o władzy prowadzący zgrabnym zdaniem przeszli do… słynnej sceny z ukochanego mojego filmu ‘To właśnie miłość’, gdzie to Hugh Grant, jak wszyscy zapewne pamiętają grający brytyjskiego premiera świeżo po objęciu urzędu, rzuca w przestrzeń nad stołem obrad gabinetu pytanie: ‘kogo tu trzeba bzyknąć, żeby dostać ciasteczka?’. I dotąd zapewne nawet było śmiesznie, ale cytująca scenę Pani Ilona Łepkowska troszkę się zapomniała i dodała: ‘i na to w t o c z y ł a się ta od ciasteczek!’.

Dodajmy, że na myśli miała aktorkę grającą asystentkę Granta, może nie jest ona następczynią Twiggy, ale z pewnością do określenia jej ruchu jako toczenia zdecydowanie bardzo daleko www.loveactually.com/home.html  ! A potem już było tylko gorzej. Wprawdzie Pani Ilona, jako luminarz świadomości społecznej kształtowanej od lat przez tasiemce jak ‘m jak miłość’, ‘barwy szczęścia’, ‘na dobre i na złe’ czy ‘klan’ przyznała się do uczestniczenia w kongresie kobiet, ale już pytanie prowadzącego o szanse i możliwości kobiety na stanowisku prezydenta państwa skwitowała uśmieszkiem, a odnosząc się do listy potencjalnych kandydatek stworzonej przez politologów, na której między innymi znalazły się takie nazwiska jak Dunin czy Staniszkis, ochoczo i ze swadą dołączyła tu również Edzię Górniak i Monikę Olejnik… Naprawdę pogratulować poczucia humoru! Droga Pani czy aby nie wystąpił u Pani syndrom wyzwolonego niewolnika???

Chciałoby się wspaniałomyślnie trzymać zasady Pani Minister Jarugi-Nowackiej, która wystąpienia innych kobiet komentuje dobrze albo wcale, tym razem mnie się jednak nie udało…

 

Dla równowagi będzie też dziś o mężczyznach i to o tych prawdziwych. A przyczynkiem stało się ostatnie moje gotowanie, kiedy to po przyniesieniu zakupów mój Mężczyzna odpytał mnie na okoliczność docelowej potrawy, po czym wyraził stanowcze zastrzeżenie, że ów planowany łosoś z pewnością nie będzie chrupiący, a raczej nieapetycznie ugotowany i czy to aby najlepszy pomysł, a właściwie co to w ogóle za pomysł na tak pięknego łosia?? Pomysł sprowadzał się do upieczenia, z wykorzystaniem ciasta francuskiego Bliklego, kulebiaka z łososiem i porem.

 

(dwa pory zostały poproszone o zapozowanie do fotografii - później cóż... pod nóż)

Jednak nacisk wywarty na chrupiącą skórkę pieczonej ryby był zbyt silny, żeby trzymać się pierwotnego założenia. Innymi słowy osiągnęliśmy KOMPROMIS, czyli coś czego w relacjach dwójki najbliższych osób, zdaniem niektórych psychologów i psychoterapeutów, jednak należy unikać (polecam ostatnie wydanie poradnika psychologicznego Polityki! www.polityka.pl/ja-my-oni-poradnik-psychologiczny/Lead30,1906,292123,18/ . W wyniku tegoż kompromisu zamarynowałam łososia w soli (mało), pieprzu (dużo), suszonej startej papryczce peperoncino, oliwie, balsamico i dwóch łyżkach miodu.

Piękne młode, ale już wyrośnięte, pory pokroiłam w talarki i przesmażyłam na bardzo rozgrzanym oleju, dolałam pół kieliszka białego wytrawnego wina, odparowałam i zmniejszyłam ogień, dodałam dwie czubate łyżki masła i płaską łyżeczkę mąki razowej, popieprzyłam i dusiłam około dziesięciu – piętnastu minut. Na koniec wrzuciłam solidną garść startego tłustego żółtego sera, zamieszałam, żeby się rozpuścił.

Całą masę zawinęłam w rozmrożone ciasto francuskie, i w formie wielkiego pieroga ułożyłam na natłuszczonej blasze, wysmarowałam roztrzepanym z odrobiną wody żółtkiem jajka.

Łososia i pieróg vel kulebiak wstawiłam do piekarnika i piekłam w temperaturze 220 stopni… nieco za długo ;-) Nauczona tym doświadczeniem proponuję nie przekraczać bezpiecznej pół godzinki.

Mimo że kompromis, jednak bardzo nam smakował :-) co przywodzi mi na myśl poza powyższą, inną bardzo dobrą ilustrację tego, czym zdaniem mężczyzn jest kompromis. Jest toopowieść przeuroczej Młodej Mamy, która tuż przed urodzeniem swojego super przystojnego syna dyskutowała intensywnie z mężem na temat imienia pierworodnego. Ponieważ różnica zdań coraz istotniej się zarysowywała, Ojciec dziecka zaproponował kompromis! Co miał na myśli? Ni mniej ni więcej tylko na propozycję swojej żony wypalił : ‘ja mówię ABSOLUTNIE NIE, a Ty możesz dać inną propozycję!’. Ot i kompromis :-)))

Czego potrzebujemy?

- niecały kilogram łososia

- sól, pieprz, suszona starta papryczka, balsamico, oliwa, miód,

- opakowanie mrożonego francuskiego ciasta

- czternaście porów, a właściwie ich białych części

- dwie łyżki masła

- płaska łyżeczka mąki

- pieprz

- garść startego tłustego żółtego sera

- żółtko jajka .

 

Komentarze (0)
Piękne babki, najlepsze koźlaki i mazurska romantyka.
 Oceń wpis
   

Cudze chwalicie, swego nie znacie – to ludowe porzekadło będzie najlepszą ilustracją do moich niedawnych zachwytów nad Kalabrią… Zapomniałam, jak bardzo kocham polskie Mazury – miejsce gdzie spędziłam wszystkie wakacje mojego szczęśliwego dzieciństwa i gdzie przez osmozę przyjmowałam od mojej Cudnej Babci Adeli prawdę o gotowaniu i karmieniu w imię miłości.

Najbardziej żałuję i nigdy sobie tego nie wybaczę, że nie poprosiłam jej o przedyktowanie przepisów na boskie pierogi z serem, wyjątkowej delikatności kluski na parze (w innych rejonach zwane pampuchami) czy obezwładniająco słodkie andruty i wiele, wiele innych.

(cudze chwalicie, swojego nie znacie)

W ostatni weekend zdarzyło mi się uczestniczyć w wyjątkowo sexy wydarzeniu, jakim niewątpliwie jest rajd, w szczególności rangi Mistrzostw Świata. Piękne dziewczyny i prawdziwi macho – wiadomo co tygrysy lubią najbardziej. Niewątpliwie wszyscy w okolicy od właścicieli hoteli, poprzez taksówkarzy, a na wykonujących najstarszy zawód świata paniach kończąc, doskonale na tym wydarzeniu zarobili. Z oczywistych powodów moja uwaga skupiła się na knajpach, w których dawno lub wręcz bardzo dawno nie byłam. Rezultat zwiedzania – 2:1 na korzyść mikołajskich przybytków.

O rozczarowaniach nie będę się rozpisywać – może jedynie ostrzegę przed restauracją serwującą ryby i owoce morza (w szyldzie), natomiast niewątpliwie z największą radością podzielę się zdecydowaną rekomendacją restauracji Hotelu Amax (boski pasztecik, obiecałam sobie wracać tam dotąd aż Szef Kuchni zgodzi się podzielić przepisem ;-) www.hotel-amax.pl oraz zlokalizowanej na rynku knajpki Wojciecha Malajkata www.malajkino.mikolajki.pl Ponieważ biesiadowaliśmy tam większą ilością osób, była szansa skosztowania wielu pyszności, wśród których królował pyszny smalczyk oraz babka ziemniaczana. Natychmiast postanowiłam odtworzyć ją w mojej kuchni.

Pamiętam, że zarówno moja Babcia jak i moja Mami uważały, że do ziemniaczanych wyrobów, typu placki, leniwe itp. zdecydowanie lepsze są ziemniaki stare, ale ponieważ mamy sezon, uznałam że młode muszą udźwignąć skalę oczekiwań. Ugotowałam kilogram i utłukłam z niecałą ćwiartką masła. Dodałam sporo pieprzu i bardzo płaską łyżeczkę startej gałki muszkatołowej. W między czasie w rondelku podsmażyłam dwie cebulki oraz dziesięć plastrów szynki (swoją drogą o super szynce już niebawem!) pokrojonych w grubą kostkę. Dodałam do ziemniaków. Kiedy nieco przestygły dodałam cztery żółtka oraz ubite na pianę cztery białka. Ostrożnie wymieszałam. Klasyczną blachę typu tortownica wysmarowałam masłem i wysypałam bułką tartą. Wyłożyłam masę, oprószyłam bułką również z wierzchu. Wstawiłam do piekarnika o temperaturze 220 stopni i piekłam 40 minut.

Podałam z cudnymi mazurskimi świeżymi koźlakami prosto z lasu, które przesmażyłam z dwiema cebulkami, podlanymi pięćdziesiątką krupniku, dodałam również kubeczek tłustej lekko zahartowanej solą śmietany wzbogaconej o pół łyżki mąki razowej.

(to te grzybki do babki)

Absolutna mazurska rozkosz w ustach :-) pachnąca zimnymi mokrymi porankami, zamglonymi wieczorami z obowiązkowym towarzystwem komarów i totalną wolnością otwartej przestrzeni, w moim przypadku dodatkowo już całkiem wybielonymi słodkimi wspomnieniami, kiedy niczego się jeszcze nie boisz i wszystko wydaje się możliwe i na wyciągnięcie ręki.

(baba z koźlakami)


Na babkę potrzebujemy:

- kg ziemniaków

- dwie cebulki

- dziesięć plastrów dobrej szynki

- cztery jajka

- masło, bułka tarta.

A do babki:

- kilkanaście świeżych grzybów

- dwie cebulki

- kubeczek śmietany

- sól, pieprz, pół łyżki mąki razowej.

 

 

 

Komentarze (0)
Sprawa doszła do trzeciego szeregu!
 Oceń wpis
   

Tak mawiano w starożytnym Rzymie, kiedy w bezpośrednim starciu bitewnym uczestniczył nie pierwszy czy drugi, a trzeci szereg legionu. Ni mniej ni więcej oznaczać to miało, że sytuacja stała się więcej niż poważna. Cezar, skądinąd najpowszechniej znany dowódca legionów, miewał również własne preferencje dotyczące swoich zastępów.

Jego ulubionym legionem był dziesiąty (najbardziej waleczny, zdobywał między innymi Wielką Brytanię), a najbardziej wzgardzonym trzynasty, o którym zwykł był mawiać, że patrzy na niego jak na nowy but – niby wygląda bardzo dobrze, ale zupełnie nie leży!  

O tym między innymi oraz wielu różnych innych filozoficznych sprawkach myślałam ostatnio uprawiając fantastyczne dolce far niente pod kalabryjskim niebem, z którego spektakularnie spadały gwiazdy. Zagłębianiu się w czasy Rzymskiego Imperium sprzyjało spożywane intensywnie białe wytrawne wino Ciro, mające swe korzenie w czasach podbojów Cezara właśnie! Fantastycznie i zdecydowanie bardzo wytrawne, ale niezwykle również gładkie, urzekło mnie całkowicie. W dodatku cena za ten raj ;-) oscylowała gdzieś w okolicach 6-7Eu.

Co jeszcze mnie zachwyciło? Dzikość przyrody i prostota życia. Najlepsza papryczka chili, którą startą przywiozłam i z powodzeniem używam – jest po prostu absolutnie wyjątkowa! Pizza z prosciutto, rukolą i parmesanem. Oraz risotto z owocami morza.

Z oczywistych powodów, to ostatnie postanowiłam odtworzyć we własnej kuchni. W tym celu w sporym garnku ułożyłam wypatroszonego pstrąga i dorsza oraz dorzuciłam dwie duże garści włoszczyzny (mrożona Horteksu), około 10-12 ziarenek ziela angielskiego, pół garści pieprzu czarnego w ziarnach oraz cztery liście laurowe, zalałam wodą i długo (powyżej dwóch godzin) gotowałam bulion. Wyszedł cudowny, bardzo skondensowany w smaku.

W najukochańszym bardzo szerokim płaskim garnku rozgrzałam olej, przesmażyłam dymki i czosnek oraz bardzo drobno (wielkość ziarenek ryżu) posiekane dwie tuby kalmarów (rozmrożone). Dodałam półtorej szklanki ryżu cannaroli dla odmiany od zawsze dotychczas używanego arborio. Poczekałam pięć minut i załam kieliszkiem białego wytrawnego wina, odparowałam. Zaczęłam podlewać przecedzonym rybnym bulionem.

Kiedy ryż już dochodził dorzuciłam mieszankę owoców morza, uprzednio przelaną wrzątkiem (mrożone Bonduelle). Oraz rozdzielonego na kawałki ‘na kęs’ upieczonego dzień wcześniej łososia. A na sam koniec tuż przed wydaniem przesmażone z czosnkiem największe osiągalne krewetki.

Moje risotto marinara podałam z białym winem oraz grubo posiekanymi pomidorami malinowymi z mozarellą, świeżą bazylią i aromatyczną oliwą i naprawdę poczułam się dokładnie tak samo jak w czasie cudownie romantycznej kolacji w rodzinnej knajpeczce w Positano (również południe Włoch, choć już Kampania), gdzie skonfundowany kelner odmówił podania kieliszka prosecco na początek, ponieważ… ktoś zapomniał schłodzić butelkę :-) Czyż można nie kochać Włoch z ich cudownym dolce vitae? Kuchnią? Winem? Radością cieszenia się życiem w jego absolutnie najprostszych aspektach?

Zobaczyć Neapol i umrzeć? Wręcz przeciwnie!!! Jak najszybciej zobaczyć i natychmiast tam właśnie żyć i kochać, a umrzeć naprawdę w ostatnim możliwym momencie :-))))))

 

 

 

Komentarze (0)
Nie święci garnki lepią...
 Oceń wpis
   

…choć na szczęście Święci patronują nam, kucharzącym. W filmie wprost będącym balsamem na duszę ‘Pod słońcem Toskanii’ właśnie przed chwilą głównej bohaterce podarowano figurkę Św. Wawrzyńca.

Święty ów ponoć przypiekany na ruszcie zaproponował, żeby obrócić go na drugą stronę ponieważ z tej już się dopiekł! Trzeba przyznać, że jako ówczesnemu (III wiek) księgowemu papieża, poczucia humoru do końca mu nie zabrakło ;-)

Film ten, moje ostatnie kilkudniowe wakacje oraz… przepiękna okładka jubileuszowego VOYAGE’a pachną i smakują najlepszą na świecie kuchnią rejonu Morza Śródziemnego. Dziś wprawdzie miało być o legionach Cezara, o których to już następnym razem, ale będzie też bardzo blisko, przynajmniej w sensie geograficznym :-)

Ponieważ dziś właśnie upiekłam łososia krótko zamarynowanego w soli, pieprzu, grubo pokrojonych suszonych pomidorach, ziołach prowansalskich i oliwie. Tuż przed włożeniem do piekarnika obłożyłam go dodatkowo świeżymi pomidorami (czyż nie teraz właśnie najpyszniejsze są pomidory malinowe?) oraz czarnymi oliwkami (swoją drogą – jak to się dzieje, że oliwki na najdalszym południu Włoch czy w Grecji smakują tysiąc pięćset razy lepiej niż włoskie czy greckie oliwki nabyte tu u nas???).Piekłam około trzydziestu minut.

Do łososia usmażyłam cukiniowe placuszki. W tym celu starłam wraz ze skórką trzy świeże cukinie, dodałam pięć posiekanych ząbków czosnku i dwie posiekane i na mocnym ogniu przysmażone cebulki dymki oraz trzy całe jajka (zawsze z ekologicznym oznaczeniem ‘O’ na początku) i trzy łyżki razowej mąki żytniej z pełnego przemiału. Posoliłam. Wymieszałam. Na bardzo mocno rozgrzanej i solidnie podlanej olejem żeliwnej patelni układałam łyżką placuszki i szybciutko smażyłam.

Fantastyczne połączenie smaku smażonej zielonej cukinii oraz ryby w oliwkach, czosnku i pomidorach, zwłaszcza z towarzyszeniem schłodzonego pinot grigio, pozwala poczuć się dokładnie jak nad Morzem Śródziemnym, nawet w tak kiepskie pogodowo dni jak ostatnio w wawie :-)

A żeby nie tylko o ciele ;-) , ale również o duszy, poniżej na wszelki wypadek ;-) dla wszystkich kucharzących fragment modlitwy do św. Wawrzyńca:

„Ogniem palony, lecz mężnego ducha,

Zwalczył odważnie lęk przed płomieniami,

Pragnął on bowiem z całej głębi serca

Wiecznego życia.

Wszedł więc do nieba uwieńczony chwałą

Świętych aniołów otoczony chórem,

Aby do Boga wznosić swe modlitwy

Za grzesznikami.

Z wielką pokorą prośmy męczennika,

Aby nam wszystkim przyniósł wyzwolenie

Z żaru pokusy i brzemienia winy,

A wiarę wzmocnił”.

 

Potrzebujemy:

- solidny płat świeżego łososia

- pół główki czosnku

- dwie garści oliwek

- sześć suszonych pomidorów z oliwy

- trzy świeże pomidory

- zioła prowansalskie, sól, pieprz,oliwa

Na placuszki:

- trzy świeże cukinie

- pół główki czosnku

- dwie cebulki dymki

- trzy jajka

- trzy łyżki mąki - sól, olej. 

Komentarze (2)
Dlaczego mamy takie seksowne mózgi?
 Oceń wpis
   

Otóż w ostatnim ‘newsweeku’ przeczytałam artykuł na temat wyników badań naukowców, którzy doszli do bardzo interesującego wniosku. Ci amerykańscy (oczywiście!) naukowcy udowadniają, że dzięki pomysłowi gotowania (obróbki cieplnej) pożywienia, homo sapiens dużo szybciej wykształcił dużo lepszy mózg, jakim mniej lub bardziej w zależności od osobniczych chęci czy możliwości, do dziś się posługujemy.

Nie ulega wątpliwości, że jedną z pierwszych potraw, jakimi na ciepło raczyli się nasi praprzodkowie, tym razem nie Rzymianie, a ci na kontynencie amerykańskim, była tortilla, czyli placek ze startego ziarna kukurydzy. Notabene nazwana tak przez o wiele wieków późniejszych hiszpańskich najeźdźców, którym płaski placek pieczony na kamieniu skojarzył się z dobrze znaną hiszpańską tortillą, czyli omletem na bogato z udziałem ziemniaków i innych solidnych dodatków. 

Muszę przyznać, że nigdy nie spróbowałam na własną rękę wyprodukować placków. Z pewnością z wygody, ale też z wiele lat temu przeczytanego zapewnienia jednej z moich najbardziej ulubionych autorek – Agnieszki Kręglickiej, która sprawdziła, że jednak nie do końca potrafią w polskich warunkach się udać. Tak czy owak, w większości sklepów kupić można placki całkowicie wystarczające do naszej potrawy i zapewniające jej pyszny smak i chrupką konsystencję.

Zaczynamy od zamarynowania w mieszance balsamico, miodu i oliwy, świeżych warzyw. Warto użyć takich, jakie najbardziej lubimy. Ja myję i kroję w sporą kostkę dużego bakłażana i posoliwszy odstawiam, żeby się spocił. W podobną kostkę kroję też sporą cukinię oraz dwieróżnokolorowe papryki. Opłukane po co najmniej dwudziestu minutach spędzonych w soli bakłażany po osuszeniu mieszamy z resztą warzyw i kilkoma lekko roztartymi ząbkami czosnku, zalewamy marynatą. Odstawiamy na kolejne co najmniej trzydzieści minut. Rozgrzewamy piekarnik.

Kiedy warzywa się marynują, rozdrabniamy pół standardowej fety w dwóch kubkach naturalnego jogurtu (małych). 

Warzywa wykładamy na blachę, lekko zalawszy je marynatą. Ważne jest, żeby ułożyć je w jednej warstwie, w innym przypadku będą się nam one dość nieapetycznie dusiły, z marnym i wstydliwie zwiędłym efektem końcowym. W istotnie rozgrzanym piekarniku (220 stopni) pieczemy je maksimum 15-20 minut.

W między czasie rozgrzewamy na patelni niewielką ilość oleju i obustronnie smażymy, również na mocnym ogniu, pojedynczo każdy placek. Ja uwielbiam to robić, ponieważ w dwie minuty przepięknie dumnie się wybrzuszają. Cudnie się to obserwuje.

Kiedy warzywa są upieczone, każdy placek smarujemy salsą. Można zrobić ją samodzielnie z posiekanych pomidorów z cebulką i przyprawami, ale jeśli o mnie chodzi to całkowicie spełnia moje oczekiwania sprzedawana w słoiczkach łagodna salsa o lekko słodkawym smaku. Posmarowaną tą że salsą tortillę niezbyt obficie posypujemy startym tłustym żółtym serem, nakładamy warzywa i zwijamy. Układamy w wysmarowanej blachą formie ciasno jedną obok drugiej, po wypełnieniu wszystkich placków, wstawiamy do piekarnika na dosłownie 5 do 10 minut. Podajemy, pozostawiając już każdemu polanie, lub nie, własnej tortilli doprawionym fetą jogurtem i posypanie słodką papryką.

Muszę przyznać, że odkąd okazało się, że gotowanie sprzyja rozwojowi mózgu, wielu kobietom łatwiej będzie przekonać się do tej czynności sprzyjającej hodowaniu i pielęgnowaniu najlepszego afrodyzjaku, jakim dla większości znanych mi przedstawicielek płci piękniejszej, jest męski mózg :-)

Czego potrzebujemy:

- opakowanie gotowych  tortilli (z reguły 6 do 8 sztuk)

- słoiczek gotowej łagodnej salsy

- kilka ząbków czosnku

- duży bakłażan

- spora cukinia

- dwie kolorowe soczyste papryki

- kawałek startego tłustego sera żółtego

- dwa kubeczki jogurtu

- pół fety

- słodka papryka.

 

 

Komentarze (1)
Głos Nerona.
 Oceń wpis
   

Niedawny szalony dzień sprawił, że w szybkim tempie nieco ponad godziny należało przygotować niedzielny obiad, uwzględniając przy tym życzenie małej solenizantki, która ostatnio przepada za pastą w sosie śmietanowym. Więc o zmodyfikowanym sosie Alfredo będzie następnym razem, a dziś o daniu które zasmakowało dorosłym. Łosoś pieczony pod pierzyną ze świeżych porów. Pycha!

Pory, to podobnie jak niedawno opisywane szparagi, warzywo o baaardzo długiej historii. Wywodzą się z Bliskiego Wschodu, były doceniane już przez starożytnych Egipcjan oraz Hebrajczyków. Rzymianie przypisywali mu moc poprawiania głosu i powodowania, że staje się on donośniejszy – cesarzowi Neronowi codziennie podawano porową zupę, żeby mógł stanąć na wysokości zadania w czasie swoich ognistych przemówień. To prawdopodobnie również Rzymianie sprowadzili to warzywo na wyspy brytyjskie, gdzie dużo później znalazło się... w godle Walii.

Jako bliski krewny czosnku, por niestety powoduje podobne konsekwencje. Żeby chociaż trochę je zminimalizować, surowy możemy sparzyć wrzątkiem, natomiast z powodzeniem warzywo to możemy smażyć, dusić i tp. Pięknie się karmelizuje.

Zatem duży i gruby płat łososia (około 50 cm długości i kilku grubości) lekko solimy i mocno pieprzymy, wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 220 stopni i pieczemy około 20 minut.

W międzyczasie obieramy sześć sporych porów, a precyzyjnie ich białych około dwudziestocentymetrowych części i siekamy je w drobne talarki. Rozgrzewamy w rondlu odrobinę oleju z dwiema łyżkami masła, wrzucamy pory i na bardzo mocnym ogniu przesmażamy (w tym celu zmieszaliśmy masło z olejem, żeby podnieść temperaturę smażenia bez obawy o nieprzyjemne spalenie się masła). Odrobinę solimy i dużo pieprzymy. Kiedy pory będą już miękkie i wiotkie niczym Mickiewiczowska Zosieńka z Pana Tadeusza, oprószamy je płaską łyżeczką mąki (ja dodałam razową), mieszamy, dolewamy ćwierć szklanki zimnego mleka. Zagotowujemy. Z piekarnika na chwilkę wyciągamy rybę, którą solidnie przykrywamy porami niczym pierzyną, wstawiamy z powrotem na dziesięć, góra piętnaście, minut. Jest pyszna :-) Ja dodatkowo już na stole posypałam całe danie startym klasycznym żółtym serem, taki dodatkowo obok solidnej puchowej pierzyny tłuściutko rozpieszczający element – wszyscy to uwielbiamy ;-)

Rybę podałam z ćwiartkami pieczonych ziemniaków i klasycznymi obranymi pomidorami w talarkach z oliwą.     

 Potrzebujemy:

- około 1,5 kg płat łososia

- sześć porów

- masło, olej do smażenia

- płaska łyżeczka mąki

- ćwierć szklanki tłustego zimnego mleka

- sól, pieprz,

- ewentualnie trzy ząbki ząbki czosnku

- ewentualnie niewielki kawałek startego żółtego sera.


Komentarze (1)
Smakowite piersi, kruche uda...
 Oceń wpis
   

…więc będzie dla prawdziwych mięsożerców, zgodnie z sugestiami tych, którzy mimo usilnych moich zachęt omijają szerokim łukiem wszelkie nowalijki, ze szaragami, brokułami i kalafiorem na czele!

Wrócę do tradycyjnej kaczuchy, ponieważ ostatnio, jeśli chodzi o kaczkę ‘osiągnęłam mistrzostwo’ cytując kosztujących niedzielnego obiadu.

Śpieszę więc donieść, jak uzyskać kruchość mięsa taką, że samo rozpada się pod naciśnięciem widelca przy jednoczesnym zachowaniu soczystości i fantastycznym skondensowaniu smaku.

Kluczowy jest czas, a właściwie jego bardzo duży zapas. Świeże (jednak zawsze mają przewagę nad swoimi mroźnie oziębłymi koleżankami!) piersi oraz uda kaczki nacinamy od strony tłuściutkiej skórki (tradycyjnie w kratkę, ale można poszaleć, kształt nacięć będzie finalnie dobrze widoczny). Solimy, pieprzymy, układamy w naczyniu, w którym przez dobę będziemy czule marynować mięsko.

W kubku ubijamy trzy solidne łyżki miodu, im bardziej będzie aromatyczny tym lepiej, dolewamy pięćdziesiątkę ginu, mieszając dolewamy olej, tak żeby wypełnił się nam kubek. Ułożone ściśle piersi oraz uda polewamy ubitym balsamem i obficie obsypujemy rozmarynem (ze dwie garści) /możemy też użyć w zastępstwie majeranku oraz jałowcem (spora garść), szczelnie przykrywamy, wstawiamy do lodówki na co najmniej kilkanaście godzin, najlepiej dobę.

Następnego dnia w płaskim dużym garnku mocno rozgrzewamy olej i obsmażamy mięso, zaczynając od tłuściutkiej strony. Kiedy piersi i udka będą obustronnie smakowicie przyrumienione, wlewamy naszą marynatę, trzymamy całość na bardzo dużym ogniu jeszcze przez około pięć do siedmiu minut, żeby alkohol skutecznie nam się ulotnił, przykrywamy i zmniejszamy ogień do małego. W ten sposób dusimy nasze kaczuszki kolejne… trzy godziny.

Podajemy tradycyjnie: ja podałam z utłuczonymi z masłem młodymi ziemniakami z koperkiem oraz młodą kapustą ‘pięciominutówką’, zapożyczoną wprost z kuchni mojej Cudownej Mami. Siekamy kilka ząbków czosnku, przesmażamy (uważnie, żeby nie zdążył się przypalić) na oleju wraz z dwiema garściami włoszczyzny i dorzucamy grubo pokrojoną główkę młodej kapusty. Solimy (lub dodajemy pół łyżki ziarenek smaku), pieprzymy, dodajemy płaską łyżkę cukru. Dodajemy posiekany mały pęczek koperku. Dusimy tytułowe pięć minut i gotowe :-)

Smakowite piersi i kruche uda mają konsystencję, zapach i smak absolutnie zniewalający, może to zasługa tego drobnego ‘łyka’ alkoholu, co to rozgrzewając, kobiety i świat wokół czyni piękniejszymi ;-)

Do przygotowania kaczki potrzebować będziemy:

- dwie piersi, dwa uda (generalnie po jednej sztuce na osobę)

- trzy duże łyżki aromatycznego miodu

- olej

- pięćdziesiątkę ginu

- garść jałowca, dwie garści rozmarynu/majeranku, pieprz, sól.

Do kapusty:

- cztery - pięć ząbków czosnku

- dwie pełne garści pokrojonej włoszczyzny

- główka młodej kapusty

- olej, pieprz, sól

- pęczek koperku.

Komentarze (1)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |