Klasyka po francusku.
 Oceń wpis
   

Paryż… oficjalnie najbardziej romantyczne miasto na świecie. Mnie najbardziej kojarzy się z pewnym trzydniowym wyjazdem bardzo dawno temu, kiedy to ciężko chora, łaziłam z moim bratem na przełomie listopada i grudnia po ulicach miasta, na które pierwszy raz w życiu było mnie naprawdę stać :-)

  •  

  • Najmilej wspominam przeciągające się wizyty w klasycznych bistro de Paris – długie gaduły przy obowiązkowo zimnym demi presssion lub chardonney i tych wszystkich francuskich mega pysznościach, z definitywnie NIE eko-bio foie gras we wszelkich postaciach na czele. Ponieważ dziedzicznie zostałam obdarzona ponadprzeciętnie czułym węchem - co na co dzień jest raczej zgrozą niż przywilejem - Paryż dla mnie ma przede wszystkim zapach. I to jest właśnie zapach, który otula Cię niczym miękki, ciepły koc kiedy wchodzisz do takiego najbardziej lokaleskiego bistro – to jest zapach gratinee d’oignons, czyli zupy cebulowej zapieczonej pod grzanką.


    To jest danie wymagające: potrzeba sporo czasu, żeby osiągnąć poziom rzucający na kolana i jeszcze więcej poświęcenia – przy obieraniu i siekaniu cebuli z pewnością popłaczemy się solidnie, dogłębnie i fundamentalnie. Z drugiej strony, być może stanie się to rozsądną i usprawiedliwioną szansą na omówienie z samą/samym sobą wszelkich spraw drażliwych, bolesnych i niewybaczalnych, co prawdopodobnie jest jedną z najważniejszych funkcji cebulówki ;-)

     

    A więc, jak się rzekło, obieramy i siekamy około 1,5 kilograma cebuli, najchętniej najbardziej klasycznej. W paryskich knajpach kroją je w taki sposób, że po obraniu przepoławiają cebulę wzdłuż, po czym siekają ją w tzw. pióra. Rozgrzewamy około pół kostki masła i przesmażamy cebulę, kiedy się zeszkli dorzucamy kilka ząbków czosnku. Dodajemy łyżkę mąki i intensywnie mieszamy. Zmniejszamy ogień i karmelizujemy naszą cebulkę przez około pół godziny, bardzo często mieszając i ewentualnie dodając jeszcze masła. W między czasie dorzucamy świeżo starty pieprz i roztarty w dłoniach tymianek w bardzo dużej ilości (przynajmniej trzy czubate łyżki).

    Po minimum 30 minutach dolewamy pół butelki dobrego wytrawnego wina białego i lekko odparowujemy. Dolewamy wodę lub bulion. Ile? To zależy wyłącznie od indywidualnych preferencji ;-) Bardzo mocno pieprzymy i nieco solimy.

    I teraz procedur jest bardzo wiele. Najbardziej klasyczna metoda mówi, że należy nalać zupę do naczyń, w których ją podamy, a więc kokilek, które przykrywamy natartą czosnkiem grzanką z bagietki, posypujemy startym serem gruyere i zapiekamy. Mnie ze względu na ograniczoną wielkość piekarnika, najbardziej odpowiada lekkie odwrócenie kolejności, a więc zupa dochodzi w wielkim garnku, a tymczasem przygotowujemy grzanki (przepis w jednym z poprzednich wpisów, o najprostszych krewetkach). Toteż nalewam zupę do kokilek/talerzy, uprzednio umieściwszy w nich po sporej grzance z serem i podaję.

    Zapach Paryża, takiego bardziej swojskiego, słodki, cebulowy, tymiankowy… a jeśli jeszcze ktoś w tym samym czasie zapali gauloise’a – mamy klimacik absolutnie autentyczny jak z filmu Ronin, mojej duszy znacznie bliższy niż ten walentynkowy ;-)

    Czego będziemy potrzebować?

    - około 1,5 do 2 kg cebuli

    - około pół kostki masła, no może 3/4

    - kilka (6/7) ząbków czosnku

    - pół butelki białego wytrawnego wina

    - dużo tymianku, sól, pieprz

    - grzanki z bagietki lub innej białej bułki

    - starty ser gruyere.


     

     

     

     

    Najmilej wspominam przeciągające się wizyty w klasycznych bistro de Paris – długie gaduły przy obowiązkowo zimnym demi presssion lub chardonney i tych wszystkich francuskich mega pysznościach, z definitywnie NIE eko-bio foie gras we wszelkich postaciach na czele. Ponieważ dziedzicznie zostałam obdarzona ponadprzeciętnie czułym węchem - co na co dzień jest raczej zgrozą niż przywilejem - Paryż dla mnie ma przede wszystkim zapach. I to jest właśnie zapach, który otula Cię niczym miękki, ciepły koc kiedy wchodzisz do takiego najbardziej lokaleskiego bistro – to jest zapach gratinee d’oignons, czyli zupy cebulowej zapieczonej pod grzanką.

     

Komentarze (0)
Zupki są fajne :-)
 Oceń wpis
   
  • W ostatnich ‘Wysokich obcasach’ moja absolutnie najbardziej ukochana autorka – Agnieszka Kręglicka pisze o bardzo rozgrzewającej marokańskiej zupie harira. Pisze jak zawsze ogromnie smakowicie. Z pewnością więc, tradycyjnie wyrwę te kartki, zachomikuję w skórzanej teczce i w odpowiednim momencie skorzystam z cennych rad i doświadczeń właścicielki między innymi jedynej knajpy w mieście zagwiazdkowanej przez Michelina :-)

    Ja także mam swój ulubiony przepis na rozgrzewającą zupę, a nawet dwa przepisy, co już samo w sobie jest wielkim sukcesem. Zupy bowiem nigdy nie były moją mocną stroną. Być może dlatego, że wszystkie najpyszniejsze zupy na świecie gotuje moja ukochana Mami :-))) Tym samym sprawdza się całkowicie zasada, że wszystko co najlepsze pamiętamy z dzieciństwa. W tym wypadku ma ono zapach i smak megasytego krupniczku z grubym pęczakiem, ostro-kwaśnej ogórkowej; kremowej słodkawej pomidorówki obowiązkowo z lanymi tuż przed nałożeniem do głębokich talerzy kluseczkami; pachnącej wędzonką przecieranej grochówki, której przyrządzanie zapowiadało całonocne moczenie się grochu. Wreszcie last but not least bardzo majerankowe flaczki, które również jako dziecko uwielbiałam. Ponoć na zadawane w szczycie sezonu kartkowego, kiedy to czekolada była osiągalna za całe 70 centów jedynie w Pewexie, pytanie - ‘jakie słodycze, Dziecinko, lubisz najbardziej?’ z pełnym przekonaniem odpowiadałam: ‘ja to poproszę ZUPKĘ!'   

    Tak więc moim najbardziej ulubionym sposobem na rozgrzanie, zwłaszcza w takie szare, smutne, deszczowe i wietrzne dni przednówka jak z ‘Chłopów’ Reymonta, jest zupa z cukinii. Identycznie można postąpić z dynią, co przetestowałam przy okazji halloween obchodzonego przez córki mojego brata, kiedy to w sposób naturalny powstała nadwyżka miąższu dyniowego, który żal było wyrzucać.

    Otóż zaczynamy od umycia i pokrojenia w kilkucentymetrowe kawałki pięciu-sześciu cukinii, odcinamy i wyrzucamy ostrowłochate końcówki. Zalewamy wodą do wysokości warzyw, jeśli wolimy bardziej syte i solidne dania, zalewamy bulionem i gotujemy około 10-15 min, do miękkości.

    Na osobnej patelni przesmażamy dwie średniej wielkości białe cebule cukrowe. Kiedy lekko się zeszklą, dodajemy drobno posiekany korzeń imbiru o długości około 7cm. Po chwili dodajemy również wypatroszone z pestek sześć-siedem papryczek chili oraz posiekane cztery ząbki czosnku. Smażymy jeszcze pięć minut i dodajemy pęczek posiekanej świeżej kolendry, mieszamy i miksujemy na gładką masę przy pomocy blendera. Przy pomocy tegoż samego urządzenia rozdrabniamy ugotowaną cukinię, łączymy zawartość obu naczyń, zagotowujemy, lekko solimy i cukrzymy (około jednej płaskiej łyżki).

    Podajemy gęsty bardzo rozgrzewający krem z warzyw i świat od razu wygląda inaczej, również ze względu na obecność co najmniej kilku afrodyzjaków :-)

    Czego potrzebujemy?

    - sześć sporych cukinii

    - dwie cebule cukrowe

    - cztery ząbki czosnku

    - około siedmiocentymetrowy korzeń imbiru

    - sześć -siedem małych papryczek chili

    - pęczek świeżej kolendry.

     

Komentarze (1)
Najbardziej luksusowa randka ever.
 Oceń wpis
   

Spotykamy czasem w życiu takie osoby, o których od pierwszego wrażenia wiadomo, że teraz albo nigdy, no i jeśli teraz to już wystrzeliliśmy się w kosmos ;-) więc jak już następuje to ‘teraz’ to proponuję oczywiście randkę domówkę, co ma rozliczne zalety, w tym sypialnię za progiem, a nie na drugim końcu miasta…

No i żeby było luksusowo i wypasienie i robiło wrażenie holistycznie i powodowało u naszej Randki wielkie WOW! już na wstępie, bo potem to dopiero będzie :-) Proponuję wobec tego podejść do tematu strategicznie, czyli po pierwsze nie sterczymy w kuchni trzech godzin, bo a) najlepszy prysznic nie pomoże na opary kuchenne na naszej skórze i włosach; b) sił i inspiracji nie starczy nam na kluczową resztę wieczoru! Po drugie stawiamy na jakość, co w tym przypadku równoznaczne jest z absurdalnie niejednokrotnie wysoką ceną. Cóż, jak to w życiu, nic za darmo ;-)

A więc po pierwsze i najważniejsze: butelka lub dwie prawdziwego szampana z Szampanii, feministce z pewnością spodoba się Veuve Clicquot, obecnie jeden z najchętniej kupowanych, z charakterystyczną pomarańczową etykietą i historią bardzo młodej wdowy Clicquot, która fantastycznie rozhulała winnicę w czasach, kiedy kobiety definitywnie pełniły raczej dekoracyjną rolę. Oczywiście zawsze wrażenie zrobi odpowiedni rocznik najbardziej z filmów znanego Dom Perignon (to w końcu benedyktyn o tym imieniu ponoć wynalazł sposób na produkcję szampana). Kupujemy również puszkę dobrego kawioru, z pewnością jeśli chcemy zaszaleć możemy nabyć na Polnej prawdziwy astrachański, jeśli jednak uznajemy że nie trafiliśmy na wybitnego smakosza i znawcę rybich jajeczek – kupmy czerwony o dużych ziarnach, tak czy owak rosyjski, z mojego doświadczenia z reguły bez pudła. Kupujemy również specjał z przeciwnego końca Europy, czyli fois gras (wiem, wiem, ekolodzy mnie powieszą!), nabywamy także oryginalne balsamico. Oraz kilogramowy płat bardzo!!! świeżego łososia (ponownie niezawodna ALMA w Promenadzie), z którego przyrządzimy absolutny hicior naszej kolacji, czyli tatara.

W tym celu obdzieramy, a właściwie chirurgicznym cięciem odcinamy łososia od skóry, bardzo dokładnie obmacując filet wyciągamy wszystkie ości i odkrawamy fragmenty nie spełniające drastycznego reżimu jakości perfekcyjnej. Pozostałe piękne mięso siekamy bardzo ostrym nożem na malutkie kawałeczki – błagam nie używajcie do tego celu miksera, blendera czy maszynki do mielenia mięsa! Do miski z łososiem dodajemy obranego, drobno posiekanego dużego świeżego ogórka, mieszamy, polewamy oliwą (na oko, ze trzy – cztery łyżki), sosem sojowym w nieco mniejszej ilości, wlewamy również solidną pińdziestkę CHIVASA, pieprzymy, nie solimy – wlaliśmy już przecież słony sos sojowy, skrapiamy kilkoma kroplami oleju sezamowego (nie więcej niż pięć do siedmiu), dosypujemy dwie płaskie łyżki uprażonego na suchej patelni sezamu. Rozkładamy na talerzach bezpośrednio przed przyjściem naszej Randki, dekorujemy ugotowanymi na twardo jajeczkami przepiórczymi na których układamy nasz rosyjski kawior. Gwarantuję – nic bardziej obezwładniającego nie można przygotować :-)  Na osobnym talerzu układamy pokrojone w grube plastry fois gras, które delikatnie skrapiamy balsamico. Do tego pyszne pieczywo i do ataku ;-) Jeśli chcielibyśmy nieco osłodzić nasz posiłek, w oczekiwaniu na prawdziwą słodycz, proponuję upiec świeże figi przekrojone na pół i zapieczone (ok. 7 minut) pod prawdziwym roquefortem.

Po takim wstępie, żadna Randka nie pozostanie z pewnością obojętna ni oziębła ;-)

p.s. kulinarny Ekspert, czyli Maciej Kuroń, optował za tatarem z łososia w wersji takiej bardziej po polsku, czyli tradycyjnie z żółtkiem, cebulką i ewentualnie dodatkiem posiekanych kaparów – z pewnością równie udany pomysł, ze względu na trudną do zignorowania obecność cebulki raczej nie konieczne na pierwszą randkę ;-)

 



Komentarze (7)
Najlepsze risotto na świecie.
 Oceń wpis
   

 

O terapeutycznej roli gotowania risotto już było, więc powtarzać się nie będę :-)  Tym razem o najlepszej i takiej nieco bardziej niż milanese wyszukanej wersji, co to poznają się na niej nie tylko najwykwintniejsi smakosze, ale również najprostsi śmiertelnicy ;-)

  • Zaczynamy od suszonych borowików, dla dwóch osób jedna mała paczka w zupełności wystarczy, w niewielkiej ilości wody gotujemy je około 40 minut. W tym czasie siekamy dwie małe cebule oraz cztery małe ząbki czosnku. Kiedy suszone grzyby siedzą już w swojej piekielnej kąpieli około kwadransa, dorzucamy paczkę mrożonych borowików (najlepiej już pokrojonych w plastry, jeśli zostały zamrożone w całości będziemy musieli po wstępnym obgotowaniu pokroić je), chyba że jesteśmy szczęściarzami i dysponujemy świeżymi borowikami – o co chyba trudniej niż o szóstkę w totka ;-).

    Przesmażamy posiekaną cebulę, kiedy się zeszkli, dodajemy posiekany czosnek i niemal natychmiast wsypujemy ¾ szklanki ryżu odmiany arborio, mieszamy. Kiedy ryż zrobi się lekko przezroczysty, po góra pięciu minutach, wlewamy spory kieliszek dobrego białego wytrawnego wina, mieszamy. Kiedy ryż wypije już całe wino, wkładamy ugotowane grzyby dolewając niewielkimi ilościami wywar, w którym się gotowały. Mieszamy, co powoduje natychmiastowe ukojenie duszy :-) podlewając wywarem, jeśli go zabraknie spokojnie dodajemy przegotowaną wodę. Trzemy spory kawałek prawdziwego parmigiano regiano, najlepiej w całości trójkąt, tak jak go sprzedają.

    Po około trzydziestu minutach terapii, na patelni obok przesmażamy pół kilograma dużych świeżych krewetek, o tym jakich, również już było :-) Kiedy smakowicie i nieco wstydliwie się zaróżowią, dokładamy je do ryżu z borowikami i mieszamy. Dosypujemy większość startego parmezanu, zostawiając jedynie odrobinę do posypania na talerzu. Mieszamy i voila :-) gotowe risotto z borowikami i krewetkami po prostu rzuca na kolana, a w jakim celu, to już sami zdecydujcie ;-)))

    Potrzebujemy:

    - dwie małe cebule

    - cztery ząbki czosnku

    - niecałą szklankę ryżu arborio

    - duży kieliszek wytrawnego białego wina

    - paczka suszonych borowików

    - paczka mrożonych borowików

    - duży kawałek parmigiano regiano .

     

Komentarze (3)
Na obiad z rodzicami i każdy inny niedzielny.
 Oceń wpis
   
  • W naszym wypasionym życiu ludzi wielkiego miasta, co to codziennie lunch w innej knajpie, prędzej czy później przychodzi taki moment, że mamy ochotę zaprosić innych, naszych Najbliższych: rodzinę, przyjaciół, kogoś choćby niedawno poznanego, ale niezwykle wręcz interesującego na obiad właśnie w niedzielę do domu – niewątpliwie jest to zarazem odświętna, jak i bardzo swojska okazja, w dzisiejszych czasach jednocześnie zakładająca pewną kameralność – nie to, co w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa, kiedy do niedzielnego obiadu siadało i dwadzieścia osób i makaron ZAWSZE był zagnieciony własnoręcznie przez moją babcię :-)

    Proponuję bardzo nieskomplikowane przyrządzenie łososia plus risotto milanese, o którym już było. Jeśli będziecie mieli ochotę bardziej poszaleć, dobrze byłoby dołączyć tu przystawkę oraz deser, o czym przy innej okazji.

    Kluczowa w tym daniu jest jakoś i świeżość ryby, niezawodna jest tutaj ALMA, albo mają super świeże ryby, albo nie mają ich i już! Niestety w wielu innych supermarketach zdarzyło mi kupić ryby w stanie całkowicie rozkładających się trupów :-( Równie dobrym jak ALMA adresem do nabywania ryb jest zaprzyjaźnione stoisko na bazarku, jeśli takowy macie w sąsiedztwie.

    Dla czterech osób potrzebować będziemy około 1,5 kilograma łososia w płacie lub dwóch, z pewnością nie w dzwonkach. Myjemy rybę i osuszoną układamy w wysmarowanej olejem brytfannie/ naczyniu do pieczenia nie mniejszym niż 25 x 35cm, solimy, pierzymy świeżo zmieloną mieszanką kolorowych pieprzów. Przygotowujemy marynatę: w kubku ubijamy (ja to robię taką małą trzepaczką, którą kupiłam do robienia sosów do sałat, a której średnica idealnie pasuje do kubków, ale spokojnie da się to zrobić łyżką) trzy pełne łyżeczki miodu z czterema czubatymi łyżeczkami miodowej musztardy DIJON (może też być to musztarda z całymi ziarnami gorczycy) i dolewamy olej (ja używam Kujawskiego, również ostatnio odkrytej wersji w szklanej kwadratowej butelce z dodatkiem oleju z siemienia lnianego, ale może być każdy dobrze znoszący bardzo wysoką temperaturę, a więc oliwa z pierwszego tłoczenia raczej odpada) oraz wódeczkę miodową z dodatkiem chili (jeśli akurat takiej nie posiadacie równie dobrze sprawdzi się winiak/Cognac/brandy) w ilości około tradycyjnej pięćdziesiątki. Dodajemy dwie łyżki roztartego w dłoniach suszonego tymianku oraz jeśli lubimy ziołowe smaki łyżkę w ten sam sposób roztartego estragonu.

    Marynatą polewamy rybę minimum na pół godziny przed pieczeniem. Wstawiamy do nagrzanego do 220 stopni piekarnika i pieczemy około 40 minut. Kiedy wyjąć? No cóż, zależy to od tylu czynników, że najlepiej będzie… sprawdzić to organoleptycznie ;-)  Nie warto trzymać jej za długo w piekarniku, bo wyschnie i zachowa ledwie wspomnienie swojej glorii! Nie znam nikogo, komu nie smakowałby taki łosoś, no może z wyłączeniem małych dzieci, którym jak wiemy z reguły potrawy zdrowe po prostu nie wchodzą i już ;-) Dla nich miejmy w pogotowiu paluszki rybne + frytki :-)

    Do przygotowania ryby potrzebujemy:

    - płat łososia lub dwa o łącznej wadze około 1,5 kg

    - 3 łyżeczki aromatycznego miodu, np. lipowego

    - 4 łyżeczki musztardy miodowej Dijon lub z całymi ziarnami gorczycy

    - tymianek

    - wódeczka miodowa z chili

    - ewentualnie estragon.

     

Komentarze (0)
I zupełnie niezapomniane warzywa.
 Oceń wpis
   
  • Założę się, że wśród pięciu najczęściej jadanych przez Was warzyw znajduje się papryka, cały rok dostępna, praktycznie w takim samym niezmiennym stanie z błyszczącą skórką w kilku kolorystycznych wersjach kokietująca w każdym warzywniaku.

    Najczęściej bywa taka surowa i naga po prostu dodawana do wszelkiego rodzaju sałat i surówek. Mega pełnię paprykowego aromatu osiąga po kilku godzinach dochodzenia w węgierskim daniu leczo, na które przepis swego czasu zamieszczę, jak tylko szczegółowo przepytam moją Mami, która gotuje najlepsze leczo na świecie, a przepis w oryginale posiada z czasów ‘węgierskich’ mojej rodziny. Pominę również całą rozkosznie nieokiełzaną kuchnię meksykańską, o której to raczej książkę można by napisać, a nie jeden wpis.

    Zachęcę Was natomiast, mam nadzieję, do upieczenia papryki. Osobiście jestem największą fanką pieczonej lub grillowanej papryki bez skórki, ponieważ traci ona całą gorycz, pozostawiając pełnię słodyczy, a po upieczeniu dodatkowo zyskuje absolutnie niebiańską konsystencję samej delikatności i uległości. Zatem myjemy papryki w ilości minimum 2-3 sztuk na osobę, moim zdaniem najlepiej sprawdza się mięsista papryka czerwona, pomarańczowa i żółta. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do około 220 stopni i pieczemy około godziny, nie przejmujemy się przy tym że miejscami sczernieje oraz że będzie bardzo intensywnie pachnieć – dla mnie ten zapach jest przesłodko obezwładniający, ale potrafię sobie wyobrazić, że może przeszkadzać. Po godzinie prosto z piekarnika przekładamy do przygotowanej wcześniej odpowiednio dużej torby papierowej, ignorując osłupione spojrzenia domowników rozważających wykręcenie numeru alarmowego ;-) i czekamy aż w tym więzieniu przestygnie na tyle, żebyśmy nie poparzyli sobie opuszek palców przy jej obieraniu – bądź co bądź, jeśli to początek randki, jeszcze nam się przydadzą :-) Wyciągamy z torby, pociągając za ogonek usuwamy gniazda nasienne i rozkrajamy paprykę na pół. Sprawdzamy czy nie pozostały pojedyncze nasionka – z chirurgiczną precyzją pozbywamy się ich również i usuwamy skórkę. Powinna schodzić niemal sama, ale czasem trzeba jednak jej pomóc – nienawidzę tej czynności, bo jakoś tak kojarzy mi się wyłącznie z mozołem, jednak wierzcie mi – efekt wart jest każdego poświęcenia! Układamy na talerzu jedną obok drugiej, obficie polewamy bardzo dobrą oliwą z oliwek i na każdej połówce papryki układamy jeden do dwóch anszłasików, czyli filecików anchois – moim absolutnie niezwyciężonym faworytem są helskie i tego trzymać się będę, że, parafrazując Dodę, król jest tylko jeden! Jeśli nie uda Wam się ustrzelić klasycznych helskich, a jedynie jakieś nic nie warte francuskie czy niemieckie – tfu! nie będzie obcy pluł nam w twarz ;-))) koniecznie opłuczcie je z soli, w innym przypadku nici z randki, z pewnością zabraknie płynów ustrojowych – wszelkich ;-)

    Tak przygotowane papryki podajemy z bardzo dobrym pieczywem: ciemnym chlebem z ziarnami, jeśli mamy do wielowątkowego czynienia z zagorzałym zwolennikiem zdrowego żywienia lub puchatą i bardzo chrupiącą bagietką, jeśli po drugiej stronie stołu zasiada rozpasana sybarytka, czego zawsze Wam życzę :-) aha, no i obowiązkowo wino, dobre wytrawne białe pinot grigio lub musujące prosecco lub cava (będzie tym bardziej a’propos, że zarówno tak przygotowane papryki, jak anszłasy należą do absolutnie klasycznych hiszpańskich tapas, więc i porto byłoby tu nie od rzeczy) lub wytrawne czerwone, ale raczej z tych delikatniejszych, jak merlot.

    I jeszcze jedna malutka podpowiedź: całego korowodu z pieczeniem i obieraniem papryki da się uniknąć kupując taką paprykę w słoiku – niestety wszystkie z jakimi dotąd się spotkałam zatopione są zazwyczaj w occie, co moim zdaniem kompletnie zabija delikatny smak tego warzywa, jeśli znajdziecie gdziekolwiek taką wyłącznie w oliwie – proszę o sygnał!

    Do przygotowania papryki w rozmiarze dania głównego potrzebujemy:

    - sześć do ośmiu papryk

    - puszkę lub dwie helskich

    - oliwę

    - pieczywo

    - wino.   

     

Komentarze (3)
Zapomniane warzywa.
 Oceń wpis
   
  • W życiu bardzo często tak bywa, że doceniamy i zachwycamy się pewnymi rzeczami, wydarzeniami, sytuacjami czy ludźmi, ale na co dzień jakbyśmy o tym/ o nich nie pamiętali. Dopiero w bezpośrednim zetknięciu sobie przypominamy, że to takie piękne, pachnące, cudne, wreszcie smakowite i przepyszne. Tak bywa z dynią, ostatnio z racji nowego sposobu spędzania święta zmarłych direct from USA, coraz chętniej odkurzaną, z powodzeniem skądinąd na wiele bardzo smakowitych i odkrywczych sposobów, o czym w swoim czasie.

    I tak jest z pewnością z zapomnianą niemal całkowicie cykorią – spróbujcie znaleźć choć jednego zadeklarowanego fana, co bez cykorii żyć nie może – założę się, że nie będzie to więcej niż jedna osoba! Osobiście znam jednego takiego ambasadora cykorii, choć z pewnością cykorem Go nazwać nie sposób ;-)

    A to naprawdę super warzywo, fantastyczne zwłaszcza o tej porze roku, kiedy to pomidory już nie pachną i nie smakują tak jak w słonecznych miesiącach, a papryka, ogórki i sałata są samą wodą, cykoria bogata w witaminy i inne niezwykle cenne dla zdrowia składniki przyda się szczególnie w przerażająco intensywnym czasie końca roku i zamykania budżetów z jednej strony, a obsadzania choinki i polowania na borowiki z drugiej.

    Najprostszy i zdaniem niektórych najsmakowitszy sposób na cykorię to po wyjęciu z lodówki, gdzie absolutnie koniecznie powinna spoczywać w oczekiwaniu na konsumpcję, tak z powodu sprzyjającej temperatury, jak i braku światła, które bardzo źle na jej kondycję wpływa (kiedyś z resztą uprawiana była w piwnicach), płuczemy każdy liść z osobna, osuszamy, wkładamy do miski, solimy, pieprzymy, zraszamy sokiem z połówki wymasowanej uprzednio cytryny, zalewamy oliwą i już! Proste, no nie? Uwierzcie, że nie można się od niej oderwać i jeszcze tak się nie zdarzyło, żeby pozostał choć jeden listek.

    To pozycja wyjściowa do wielu wariantów sałaty, niektórzy dodają rodzynki, równie dobrze będzie smakowała z niebieskim ostrym serem, pieczoną gruszką i orzechami.

    Moim faworytem jest cykoria na gorąco i tu mam ulubione dwa warianty, w obu przygotowanie cykorii jest identyczne, tzn. myjemy całe cykorie, obieramy je z pierwszej warstwy liści i kroimy na pól wzdłuż warzywa. Dokładnie i dość obficie solimy, pieprzymy i cukrzymy od wewnętrznej strony. W pierwszym, letnim wariancie płaskimi połowami do góry kładziemy na grillu, polewamy oliwą i pieczemyyle=""> ok. kwadransa. Pychayle="font-family: Wingdings;">yle="">:-)

    W drugim wariancie układamy w naczyniu do zapiekania o głębokości nieco większej niż sama cykoria i również polewamy oliwą, pieczemy w temperaturze 220 stopni około piętnastu minut, w czasie których przygotowujemy sos. Rozpuszczamy w rondlu dwie spore łyżki masła, dodajemy dwie raczej płaskie łyżki mąki i intensywnie mieszamy. Nie czekając aż masa zacznie zmieniać kolor na ciemniejszy zaczynamy dolewać piwo. Moim zdaniem najlepsze będzie klasyczne jasne o niezbyt intensywnym aromacie. Dodajemy szczyptę gałki muszkatołowej, lekko solimy i dużo pieprzymy świeżo zmielonym pieprzem. Wsypujemy starty parmezan. Kiedy mamy już ładną gładką konsystencję lejącego miodu, zalewamy sosem cykorię, tak żeby raczej się w nim bezwstydnie i hedonistycznie nurzała i pluskała jak duża puszysta blondyna w wannie wypełnionej szampanem, posypujemy szczodrze parmezanem i wstawiamy na ostatnie pięć szybkich minutek do piekarnika. Gotowe:-) i pyszne cudne połączenie słodyczy i goryczy.

    Na ostatni przepis potrzebować będziemy:

    - pięć - sześć cykorii

    - dwie łyżki masła

    - dwie łyżki mąki

    - piwo, niecałe pół litra

    - kawałek parmezanu o wielkości dwóch małych pięści

    - sól, pieprz, cukier, gałka muszkatołowa.

     

     

Komentarze (2)
Risotto, czyli zrelaksujmy się…
 Oceń wpis
   
  • Gotowanie w zasadzie zawsze jest dla mnie ogromną przyjemnością, jednak chyba żadna inna potrawa nie przynosi takiego wytchnienia, ulgi i błogiego ukojenia jak przyrządzanie risotto. Wszyscy wiemy, że istnieje niezliczona ilość odmian tegoż dania, z całą pewnością jednak nie ma wśród nich potrawy, jaką w poprzednim systemie przed Balcerowiczem, polecano celem wyczyszczenia lodówki po całym tygodniu ;-)

    Zacznę od najbardziej klasycznego risotto milanese, o którym już wcześniej wspomniałam. Ma przepiękny kolor i fascynujący zapach – obie te cechy zawdzięcza najdroższej przyprawie świata, czyli szafranowi – nigdy tego nie sprawdziłam, ale ponoć kosztuje więcej niż złoto. Prawdą jest, że kiedy przyjdzie kupić Ci słoiczek ze złotymi nitkami, które w istocie są pręcikami wyrwanymi prosto z serca krokusom, z pewnością będzie to jedno z bardziej wstrząsających przeżyć, tak dla Twojego umysłu, jak i portfela. Jednak mimo to, bez szafranu się nie obędzie! I nie wierzcie podszeptom tych, którzy uważają, że w życiu zawsze da się znaleźć przyzwoity substytut i na przykład użyć kurkumy zamiast szafranu – w końcu efekt kolorystyczny pozostanie ten sam – marny ersatz, ot co!

    Równie istotny jest ryż, ja zawsze używam odmiany arborio, pewnie przez sentyment, z pewnością równie dobre jest canaroli.

    Przygotowujemy na wstępie składniki, których jak na klasyczne danie włoskie przystało jest ledwie kilka, za to nieodmiennie w najlepszym gatunku. Siekamy dwie garści szalotek, oczywiście można użyć zwykłej cebuli (nie więcej niż dwie średniej wielkości), ale kiedy pomyślę, że za chwilę do tejże dodamy szafran na wagę złota oraz parmezan, to jakoś szalotka z tą swoją francuską proweniencją wydaje się być bardziej na miejscu niż ta nasza swojska żółta intensywnie pachnąca.

    Siekamy cztery-pięć ząbków czosnku. Trzemy na tarce (średnie otwory) cały trójkąt parmezanu. W wersji klasycznej gotujemy bulion, ale ponieważ ja z reguły nie mam czasu na ugotowanie bulionu, a stanowczo odmawiam używania takiego z kostki, do ugotowania mojego risotto używam po prostu przegotowanej wody. I nie mniej istotny szczegół – takie risotto mnie najlepiej wychodzi w bardzo szerokim, ale bardzo niskim garnku o jak najgrubszym dnie.

    Przysmażamy dość drobno posiekane szalotki wraz z posiekanym czosnkiem, w między czasie dodając trzy bardzo solidne szczypty szafranu, który przed wylądowaniem na patelni rozcieramy w dłoniach na proszek, dorzucamy półtorej szklanki ryżu arborio i czekamy mieszając aż się lekko zeszkli, co powinno potrwać około trzy minuty. Szczodrze podlewamy wytrawnym białym winem (około szklanki), cały czas mieszając. Kiedy na patelni zacznie robić się sucho, bardzo małymi partiami dolewamy wodę/bulion i cały czas mieszamy – wydaje się, że to właśnie ta nieustanna czynność mnie wprowadza w absolutny błogostan :-) Bardzo dużo pieprzymy świeżo zmielonym pieprzem, co również ma działanie ściśle terapeutyczne ;-) Potrwa to wszystko około 40 minut. Próbujemy i jeśli ryż ma konsystencję al dente wrzucamy cały starty własnoręcznie prawdziwy parmezan, mieszamy, czekamy jeszcze około dwie minuty i podajemy :-) Ponieważ parmezan jest bardzo słony, proponuję solić ewentualnie dopiero na talerzu po spróbowaniu.

    Kiedy ugotujecie takie risotto będziecie już z całą pewnością widzieć dlaczego nie dodajemy w czasie całego procesu śmietany, co, o zgrozo!, bywa polecane w wielu przepisach.  

    Generalnie risotto milanese Włosi sytuują jako primo piatti, czyli samodzielne danie gdzieś pomiędzy przystawką a drugim, w moim odczuciu bardzo dobrze sprawdza się jako dodatek, dla fanów jako samodzielny posiłek, idealny z pomidorami na rucoli z płatkami parmezanu w balsamico z miodem i oliwą. 

    Czego potrzebujemy:

    - dwie garści szalotek

    - cztery-pięć ząbków czosnku

    - szafran, trzy duże szczypty

    - półtorej szklanki ryżu arborio lub canaroli

    - świeżo mielony pieprz

    - parmezan

     wytrawne białe wino.

     

Komentarze (1)
Shrimps saganaki, czyli wrażeń z wakacji ciąg dalszy...
 Oceń wpis
   

Tak się rozmarzyłam nad tym zapachem i smakiem wakacji, że postanowiłam tym razem rozpieścić przede wszystkim siebie. Otóż poniżej chciałabym podzielić się z Wami moim ulubionym przepisem na… krewetki ;-) Obiecuję już od następnego przepisu zająć się innymi ingrediencjami!

Danie to pachnie i smakuje gorącym greckim latem – Ci, którzy z Grecji przywieźli nie tylko oliwę, oliwki i mydło z oliwy, ale również obłędne gorące wspomnienia lepkich wieczorów i poranków solidnie schładzanych tanim winem lub piwem Mythos, będą zdecydowanie wiedzieli, co dokładnie mam na myśli ;-)

Obieramy i siekamy dwie małe białe cebule lub trzy dymki, to samo robimy z trzema-czterema ząbkami czosnku, płuczemy i rozmrażamy krewetki i przystępujemy do najbardziej żmudnego zajęcia, czyli obieramy pomidory w dużej ilości, minimum to osiem sztuk średniej wielkości (topimy je we wrzątku i obdzieramy z obłażącej skórki), po czym dwa z nich kroimy w klasyczne plastry, które pamiętamy z imienin u cioć, pozostałe natomiast filetujemy, czyli wycinamy wszystko, co prawie płynne i całe w pestkach w środku. Tak przygotowane dość drobno siekamy. Mocno rozgrzewamy olej i przesmażamy cebulę, kiedy się zeszkli, dorzucamy czosnek, po czym spektakularnie (czyli wielkim chlustem) wlewamy spory kieliszek klasycznego białego wytrawnego wina, odrobinę odparowujemy je i dorzucamy posiekane pozbawione wnętrz pomidory, na później zostawiamy te pokrojone w plastry. Lekko solimy (trzy szczypty), lekko cukrzymy (płaska łyżeczka) i mocno pieprzymy, czyli jak w życiu ;-) Kiedy to nam się pięknie przesmaża, siekamy pęczek pietruszki. Na patelni obok na małej ilości oleju króciutko, tak żeby tylko chwyciły smakowicie zaróżowiony odcień, obsmażamy krewetki i dorzucamy do pomidorowego sosu wraz z posiekaną pietruszką.

Do średniej wielkości naczynia do zapiekania (akurat to danie przepięknie i bardzo smakowicie wygląda w przezroczystym) wlewamy zawartość patelni, na wierzch kładziemy dość ścisło plastry pomidorów i przykrywamy je kołderką z grubo pokrojonego w plastry sera feta.

Wstawiamy do piekarnika i zapiekamy przez maks 10 minut, podajemy na stół wraz z naczyniem. Moim zdaniem najlepiej smakuje w wyłącznym towarzystwie dobrego bardzo wytrawnego białego wina (tym bardziej, że butelkę na okoliczność podanego dania mamy już otworzoną ;-). Do wylizywania pysznych pozostałości znakomicie nadaje się świeży ciemny wiejski chleb lub puchata bułka.

Czego będziemy potrzebować?

- pół kilo mrożonych świeżych krewetek

- dwie cukrowe cebule lub trzy dymki

- trzy-cztery ząbki czosnku

- dużo pięknych pachnących pomidorów, ale nie mniej niż osiem

- duży kieliszek białego wytrawnego wina

- pęczek pietruszki

- serek feta

- sól, cukier, pieprz

- ewentualnie chleb lub bułka do towarzystwa.

 



Komentarze (0)
Garam masala, czyli nie zawsze curry.
 Oceń wpis
   

Poniższy przepis wprost idealnie nadaje się na taki wieczór, jak dziś. Na zewnątrzleży brudny śnieg, ale nie zdążysz go zobaczyć, bo jak to w listopadzie, pracy tyle, że naraz odbierasz trzy telefony, w między czasie odpowiadając na maile i zgrywając terminy. Wszyscy nie mają pół sekundy wolnego czasu…

Więc po pierwsze, żeby się rozgrzać, po drugie, żeby zobaczyć piękne kolory (i uwierzyć, że one wciąż istnieją), po trzecie, żeby rozpalić wolę życia oraz chęci na ciąg dalszy wieczoru inny niż nieprzytomne pochrapywanie na kanapie, najlepiej zrobić curry, które pachnie wakacjami :-) w moim przypadku londyńskimi, bo to właśnie tam zdarzyło mi się jeść najpyszniejsze na świecie ;-)  Nie bez znaczenia jest również fakt, że zrobienie całego dania zajmie zapewne mniej czasu niż przeczytanie o nim.

I tu tkwi najpiękniejsza cecha tego przepisu: otóż można go bezproblemowo zastosować do krewetek (oczywiście!), ale też ryby czy warzyw.

Dlaczego więc w tytule znajduje się ‘garam masala’? Otóż jest to podobnie jak curry mieszanka przypraw, mojemu gustowi znacząco bardziej odpowiadająca, taka bogatsza w gorący orientalny smak cynamonu i może nieco więcej w nim wyczuć można imbiru. Dla nieortodoksyjnych smakoszy różnica pomiędzy curry i garam masala może być rozkosznie niewyczuwalna.

Zaczynamy od obrania i drobnego posiekania dwóch cebuli, jak zwykle namawiam do białej cukrowej, ale zwyczajna również będzie bardzo dobra. Płuczemy i rozmrażamy krewetki (jeśli) lub kroimy rybę na kawałki, wielkości na-raz-do-buzi. Obieramy dwa pomidory. Proponuję w małym garnku zagotować wodę w takiej ilości, żeby po zanurzeniu pomidora w całości go zatapiała. Do gotującej się wody wkładamy na około minutę pomidora, po wyjęciu skórka powinna sama schodzić (niektórzy przed włożeniem do wody nacinają warzywa na przeciwnym biegunie niż szypułka, ale i bez tego skórka zejdzie, więc mnie to się wydaje zbędne). Przecinamy pomidora na pół i wycinamy tzw. gniazda nasienne – fu! kto wymyślił tak nieapetyczną nazwę?? Tak czy owak poza skórką pozbywamy się również mokrego środka pomidorów, tak spreparowane dość drobno siekamy. Pod ręką przygotowujemy słoiczek z garam masala lub curry, jeśli używamy przypraw w wersji mokrej  (pasta) zdecydowanie polecam brytyjskiej (a jakże!) firmy PASCO Spices and Herbs spokojnie dostępnej w większości sklepów, jeśli w wersji sypkiej, to proponuję dokonać samodzielnej selekcji, ponieważ ja nie przepadam za taką formą akurat tych mieszanek ;-) Również pod ręką przygotowujemy puszkę mleczka kokosowego.

Rozgrzewamy olej i wrzucamy cebulę. Kiedy się zeszkli, w razie listopadowego zagapienia się, nie zaszkodzi jej nawet kiedy delikatnie się przypali. Dorzucamy posiekane pomidory, intensywnie mieszamy. Po kilku szybkich minutach dokładamy na patelnię dwie czubate łyżki garam masala, jeśli dysponujemy wersją łagodną, jeśli inną – sądzę że łyżka z powodzeniem wystarczy (jeśli używasz sypkiej przyprawy lepiej będzie rozprowadzić ją na patelni przed wrzuceniem pomidorów, skorzysta z tłuszczu na którym smażymy cebulę, co do ilości na wszelki wypadek proponuję jednak zerknąć na wskazówki na opakowaniu – zakładam, że po kolacji chcemy jeszcze odczuwać jakieś smaki ;-)

W między czasie na osobnej patelni przesmażamy bardzo krótko i na mega ogniu krewetki/rybę wraz ze zmiażdżonymi dwoma ząbkami czosnku, (jeśli nie wiesz jak się miażdży czosnek spójrz do mojego pierwszego wpisu) po czym dorzucamy na patelnię z garam masala, natychmiast wlewamy również ¾ puszki mleka kokosowego, intensywnie mieszamy, zagotowujemy i … gotowe :-)

W moim domu podaje się to danie na dzikim ryżu mieszanym z białym, całość obficie obsypując grubo posiekaną świeżą kolendrą.

Zdaniem niektórych, często karmionych ;-) to najpyszniejszy sposób na krewetki.

Co potrzebujemy?

- pół kilo krewetek obranych surowych zamrożonych lub ryby

- dwie cebule

- dwa raczej większe pomidory

- dwa ząbki czosnku

- pasta garam masala lub curry

- puszka mleka kokosowego

- ryż biały z dzikim

- pęczek kolendry.



Komentarze (3)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |