Mango znakomite na wielki upał.
 Oceń wpis
   

Soczyste i dojrzałe, ale nie przejrzałe, mango pachnie i smakuje bardzo dalekimi i szczególnie egzotycznymi destylacjami, których ostatnio z wielu przyczyn troszkę mi brakuje. Dlatego też kiedy wyrośnięte i pięknie rumiane mango uśmiechnęły się do mnie ze straganu ulubionego Pana Warzywniaczka nie wahałam się ani chwili! Fakt, że poleżakowały jeszcze dwa dni w bardzo ciepłym i słonecznym miejscu tylko dodał im, niczym pięknym młodym dziewczętom, uroku nie do odparcia :-)

Obrane i pozbawione pestek pokroiłam w mniej niż pół centymetrowej grubości plastry i ułożyłam niczym carpaccio na pokrojonych również w plastry wzdłuż obranych świeżych i onieśmielająco pachnących ogórkach. Kompozycja dla każdego z nas zajęła cały duży talerz. Na wierzch wyłożyłam bardzo krótko przesmażone, wcześniej przez dwie godziny marynowane w mieszance sosu sojowego, oliwy, soku z limonki, miodu i siekanego wypestkowanego chili, duże krewetki. Wszystko obficie obsypałam mocno zrumienionym na suchej patelni ziarnem sezamu.

Całość dość soczyście udekorowałem sosem z jogurtu z lekką domieszką majonezu, niewielką ilością posiekanego chili oraz kilkoma kroplami oleju sezamowego i łyżką sosu sojowego. Oczywiście pieprz i sól do smaku. Danie wyszło znakomicie, pachniało i smakowało obietnicą dalekich i niezwykle egzotycznych podróży pełnych leniwych wieczorów obfitujących w obezwładniające dania i zawsze lodowate wino, spożywanych ze stopami utopionymi we wciąż jeszcze rozgrzanym upałem dnia piasku nad brzegiem ciepłego oceanu.

Potrzebujemy dla romantycznie nastrojonej pary:

- dwie sztuki mango

- dwa spore zielone długie ogórki

- trzy łyżki ziarna sezamu

- 250 gram dużych świeżych krewetek bez pancerzy

- marynata: 1/3 szklanki sosu sojowego, 1/3 szklanki oliwy, trzy łyżki pachnącego miodu, sok z połowy limonki, kilka wypestkowanych i posiekanych chili

- sos: kubeczek naturalnego jogurtu, dwie łyżki majonezu, kilka kropli oleju sezamowego, łyżka sosu sojowego, dwie małe wypestkowane papryczki chili drobno posiekane, sól, pieprz.

Komentarze (2)
Z pieprzem :-)
 Oceń wpis
   

Nie ma to jak życie z pieprzem, miłość z pieprzem czy wreszcie najprostsze - last but not least - jedzenie z pieprzem. Zawsze świeżo zmielonym, o ile mielonym, bo jak wiemy, niektóre rodzaje pieprzu znakomicie prezentują się, jak i smakują, w całych ziarnach. Nigdy nie zapomnę kelnera w pewnej bardzo szacownie wyglądającej restauracji w Rzymie, który siedzącym przy jednym stole ośmiu/dziewięciu dziewczynom z polski postanowił umilić oczekiwanie  na posiłek (i był to prawdziwy show!) mieszanką startego parmezanu z oliwą oraz zmielonym świeżo pieprzem służącą oczywiście do wylizywania focaccią.

Wracając do całych ziaren pieprzu, wielkim ostatnim odkryciem był makaron z krewetkami, suszonymi pomidorami i czerwonym pieprzem oraz steki z tuńczyka smażone z zielonym pieprzem.

Wrzuciwszy moje najbardziej ukochane papardelle na osolony wrzątek, na mocno rozgrzanym oleju przesmażyłam posiekany czosnek wraz z pokrojonymi w plasterki suszonymi pomidorami. Dodałam suszone ziarna czerwonego pieprzu, wrzuciłam rozmrożone i opłukane obrane wielkie krewetki, wsypałam dwie spore szczypty tymianku. Zmieszałam odcedzony makaron w pierwszej kolejności z oliwą z pierwszego tłoczenia, w drugiej – z zawartością patelni i już! Danie gotowe w góra kwadrans  :-) a jak smakowicie i seksownie w zębach rozgryza się te czerwone ziarenka, z ich słodko-pikantną goryczą :-)

Co do steków z tuńczyka, to z pewnością kluczowa będzie tu świeżość i jakość mięska. Przyznam, że mnie się ostatnio udało nabyć znakomitą wręcz rybę, oczywiście w almie w promenadzie. Przyznam również, że kosztowała niebotyczne pieniądze, ale… warto było!

Na mocno rozgrzanym oleju przesmażyłam zielone ziarna pieprzu, tym razem z zalewy w słoiczku, w bardzo dużej ilości wraz z posiekanymi dwoma ząbkami czosnku. Bardzo grube (około 3-4 centymetrowe) steki z tuńczyka, uprzednio krótko zamarynowane w sosie sojowym z oliwą, włożyłam na patelnię i smażyłam z każdej strony góra po cztery minuty. Podałam na sałacie. Pycha! Zwłaszcza dla prawdziwych mięsożernych macho będzie to prawie polędwica wołowa ;-)

Na makaron będziemy potrzebować:

- 250 gr makaronu typu papardelle

- trzy-cztery ząbki czosnku

- kilka suszonych pomidorów

- 300 gr dużych świeżych krewetek obranych

- czerwony pieprz, tymianek, oliwa.

Na steki z tuńczyka:

- dwa grube steki z tuńczyka, każdy o wadze około 250-300 gr

- sos sojowy pół na pół z oliwą do zamarynowania

- dwie do czterech łyżek zielonego pieprzu z zalewy

- dwa ząbki czosnku

- sałata.

 



Komentarze (0)
O niezręcznościach językowych i obyczajowych.
 Oceń wpis
   

Ciepłym czwartkowym wieczorem spotkałyśmy się w jak zawsze naszym low profile kręgu przyjaciółek, tym razem wyjątkowo poszerzonym o dwóch bliskich bardzo mężczyzn. Dyskutowaliśmy o sezonie na śluby, które dość niespodziewanie posypały się tego lata i jesieni tu i ówdzie w definitywnie hurtowym wymiarze. Oczywiście smaczku rozmowie tej dodawał fakt, że chodzi o śluby naszych byłych/niedoszłych/skonsumowanych mężów/kochanków itd. itp., toteż temat dynamicznie rozwijał się w postępie geometrycznym.

Pijąc od serca nalewane prosecco (bo przecież trzeba sobie jakoś w takiej sytuacji pomóc!) rozcieraliśmy kolejne przypadki, szczegółowo rozpatrujące wszystkie aspekty. Aż tu nagle w czasie dysputy znad talerza penne odezwała się jedna z moich przyjaciółek, prostując że mówimy penne, a nie jak często to pada w naszych włoskich knajpach, pene! Indagowana dlaczego, wypaliła że pene to w ojczystym języku mangiamacharoni ni mniej ni więcej tylko ‘członek’ :-) Wyobrażenie to wraz ze wszelkimi konsekwencjami, jak na przykład co ma na myśli kelner(ka) proponując specjalność zakładu w postaci pene, rozładowało całkowicie atmosferę i spowodowało niestosowną przedszkolną wesołość :-)

Ponieważ rzeczone penne, mimo że genezą był wachlarz dostępnych w lodówce i przepastnych szufladach kuchni produktów, spotkały się z ciepłym przyjęciem, zatem poniżej krótka wskazówka do ich szybkiego i łatwego przygotowania.

Obieramy i cienko siekamy główkę bardzo świeżego czosnku. Dla w sumie siedmiu osób kroimy w centymetrowej grubości talarki trzy spore cukinie. Rozmrażamy i płuczemy dwie paczki (po 300 gr) dużych surowych obranych krewetek (jak zawsze kupuję je w sklepie z egzotyczną żywnością, w którym między innymi zaopatrują się dobre knajpki, na Poznańskiej przy Pięknej).

W dużym garnku zagotowujemy dużą ilość osolonej wody (ja ostatnio jestem wielką fanką bardzo gruboziarnistej soli morskiej). Wrzucamy dwie paczki makaronu typu rurki.

W dużym płaskim garnku rozgrzewany olej, w moim domu zawsze kujawski, wrzucamy czosnek oraz sporą ilość szafranu. I tu ponownie, nie kurkumy i nie co-kot-napłakał, tylko rzeczywiście gościnnie ;-) Dodajemy dwie małe łyżeczki suszonego peperoncino. Wrzucamy cukinię, dolewamy pół szklanki wytrawnego białego wina, może być prosecco ;-) przesmażamy około 7 minut, cały czas na bardzo dużym ogniu. Dokładamy krewetki.

Odlewamy makaron, mieszamy w garnku z oliwą. Łączymy makaron z sosem, pieprzymy, solimy, podajemy.

Moje penne spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem, a dodatkowo definitywnie miały zdolność pozytywnego obrócenia dyskusji o różnych życiowo trudnych niezręcznościach w cudowną wesołość spowodowaną częstą doświadczaną wtopą językową ;-)

Potrzebujemy:

- dwie paczki makaronu penne/rurki x 400 gr każda

- dwa opakowania obranych dużych krewetek x 300 gr

- trzy duże cukinie

- główkę młodego czosnku

- dwie małe łyżeczki peperoncino

- co najmniej cztery solidne szczypty szafranu

- olej, oliwa, pieprz, sól.


Komentarze (0)
Rozmiar ma znaczenie, czyli nie koniecznie o miłości ;-)
 Oceń wpis
   

Wszyscy wiemy, że w pewnym wieku w kulturalnym towarzystwie już nie pyta się kobiet o wiek, tym samym we własne urodziny nie ma się z czego cieszyć, a tym bardziej rocznicy takiej świętować.

Jednak w ostatni weekend spotkałyśmy się z przyjaciółkami celem uczczenia babską kolacją urodzin . Ponieważ kocham je miłością wielką, jak również doceniam ich wysublimowany smak i wysoko ustawione oczekiwania kultywowane latami w naszym low profile kręgu, co najmniej od tygodnia przemyśliwałam, jaka potrawa zdoła sprostać tym wszystkim tematom sklasyfikowanym w kategorii ‘top secret’.

Odpowiedzią stał się pokarm cesarzy czyli czarny ryż (nie mylić z dzikim) oraz zawsze ekscytujące wielkie krewetki, tym razem dość ekscentrycznie smażone w pomarańczach z chili i odrobiną miodu. W połączeniu z klasyczną rukolą z pomidorami, parmezanem i słodko doprawionym gęstym balsamino stały się fantastycznym tłem dla cudownych dyskusji tak na temat znaczenia rozmiaru w życiu każdej kobiety, jak i dociekań czy naprawdę stymulacja piersi może prowadzić do orgazmu ;-). Wnioski niejednoznaczne :-) na szczęście co do krewetek żadnych wątpliwości nie było, a ryż stał się prawdziwym odkryciem. 

Kupujemy czarny ryż (riso nero), który w klasycznej włoskiej cucina fantastycznie łączy się z atramentem kałamarnicy. Tutaj jednak przygotujemy go solo wyłącznie z towarzyszeniem cebulki. Wydaje się, że ideałem byłaby szalotka, ja jednak nie miałam wystarczająco dużo czasu na obieranie i siekanie co najmniej kilku, toteż użyłam mojej ulubionej białej cukrowej w ilości dwóch sztuk na całe opakowanie ryżu. Zeszkliłam bardzo drobno posiekaną, po czym wsypałam ryż i około trzech-czterech minut smażyłam. Podlałam prawie szklanką białego wytrawnego wina i mieszałam. Kiedy ryż wchłonął wino, dolewałam po trosze przegotowanej wody (z pewnością bulion również byłby tu na miejscu). Na bardzo małym ogniu trzeba gotować go znacznie dłużej niż na przykład arborio – myślę, że w sumie może to być nawet więcej niż godzina. Pod sam koniec dosypujemy sporą ilość startego parmezanu. Gotowy riso nero stawia lekki opór przy gryzieniu, ma drobne czarne jak asfalt ziarenka i zdecydowanie orzechowy smak. Wzbudza powszechny zachwyt graniczący z rozkoszą.

Krewetki, w ilości dwóch pół kilogramowych paczek, po umyciu i osuszeniu, szybko smażymy na bardzo mocnym ogniu, dorzucając kilka pozbawionych pestek chili. Kiedy krewetki zalotnie się zaróżowią podlewamy je sokiem wyciśniętym z trzech uprzednio porządnie wymasowanych soczystych pomarańczy oraz dodajemy trzy łyżki miodu. Kolejne trzy pomarańcze filetujemy sposobem szefów kuchni, czyli płasko skrajamy czubek i dupkę i obkrajamy ze wszystkich stron. Potem wystarczy bardzo ostrym nożem wykroić kolejne cząstki – iście chirurgiczna i wymagająca sporej cierpliwości robota ;-)Dorzucamy je do krewetek i trzymamy jeszcze minutę na bardzo mocnym ogniu, wyjmujemy z garnka pozostawiając w nim sos, który odparowujemy i dorzucamy kawałek masła. Intensywnie mieszamy, najlepiej trzepaczką, podajemy w osobnym naczyniu, najchętniej w staromodnej konserwatywnej sosjerce. Można posypać posiekaną świeżą kolendrą.

Wracając do tematu – czy rozmiar ma znaczenie? Jeśli chodzi o krewetki to z pewnością – im większe tym lepsze, niektóre z nas uważają, że twierdzenie to da się rozszerzyć również nainne sfery ;-))) 

Ryż:

- opakowanie czarnego ryżu

- dwie cebule cukrowe lub kilka szalotek

- białe wino wytrawne

- pieprz, sól.

Krewetki:

- dwie półkilogramowe paczki krewetek

- kilka papryczek chili

- dwie-trzy łyżki miodu

- sok z trzech pomarańczy

- trzy wyfiletowane pomarańcze

- masło.

 

Komentarze (5)
Najlepsze risotto na świecie.
 Oceń wpis
   

 

O terapeutycznej roli gotowania risotto już było, więc powtarzać się nie będę :-)  Tym razem o najlepszej i takiej nieco bardziej niż milanese wyszukanej wersji, co to poznają się na niej nie tylko najwykwintniejsi smakosze, ale również najprostsi śmiertelnicy ;-)

  • Zaczynamy od suszonych borowików, dla dwóch osób jedna mała paczka w zupełności wystarczy, w niewielkiej ilości wody gotujemy je około 40 minut. W tym czasie siekamy dwie małe cebule oraz cztery małe ząbki czosnku. Kiedy suszone grzyby siedzą już w swojej piekielnej kąpieli około kwadransa, dorzucamy paczkę mrożonych borowików (najlepiej już pokrojonych w plastry, jeśli zostały zamrożone w całości będziemy musieli po wstępnym obgotowaniu pokroić je), chyba że jesteśmy szczęściarzami i dysponujemy świeżymi borowikami – o co chyba trudniej niż o szóstkę w totka ;-).

    Przesmażamy posiekaną cebulę, kiedy się zeszkli, dodajemy posiekany czosnek i niemal natychmiast wsypujemy ¾ szklanki ryżu odmiany arborio, mieszamy. Kiedy ryż zrobi się lekko przezroczysty, po góra pięciu minutach, wlewamy spory kieliszek dobrego białego wytrawnego wina, mieszamy. Kiedy ryż wypije już całe wino, wkładamy ugotowane grzyby dolewając niewielkimi ilościami wywar, w którym się gotowały. Mieszamy, co powoduje natychmiastowe ukojenie duszy :-) podlewając wywarem, jeśli go zabraknie spokojnie dodajemy przegotowaną wodę. Trzemy spory kawałek prawdziwego parmigiano regiano, najlepiej w całości trójkąt, tak jak go sprzedają.

    Po około trzydziestu minutach terapii, na patelni obok przesmażamy pół kilograma dużych świeżych krewetek, o tym jakich, również już było :-) Kiedy smakowicie i nieco wstydliwie się zaróżowią, dokładamy je do ryżu z borowikami i mieszamy. Dosypujemy większość startego parmezanu, zostawiając jedynie odrobinę do posypania na talerzu. Mieszamy i voila :-) gotowe risotto z borowikami i krewetkami po prostu rzuca na kolana, a w jakim celu, to już sami zdecydujcie ;-)))

    Potrzebujemy:

    - dwie małe cebule

    - cztery ząbki czosnku

    - niecałą szklankę ryżu arborio

    - duży kieliszek wytrawnego białego wina

    - paczka suszonych borowików

    - paczka mrożonych borowików

    - duży kawałek parmigiano regiano .

     

Komentarze (3)
Shrimps saganaki, czyli wrażeń z wakacji ciąg dalszy...
 Oceń wpis
   

Tak się rozmarzyłam nad tym zapachem i smakiem wakacji, że postanowiłam tym razem rozpieścić przede wszystkim siebie. Otóż poniżej chciałabym podzielić się z Wami moim ulubionym przepisem na… krewetki ;-) Obiecuję już od następnego przepisu zająć się innymi ingrediencjami!

Danie to pachnie i smakuje gorącym greckim latem – Ci, którzy z Grecji przywieźli nie tylko oliwę, oliwki i mydło z oliwy, ale również obłędne gorące wspomnienia lepkich wieczorów i poranków solidnie schładzanych tanim winem lub piwem Mythos, będą zdecydowanie wiedzieli, co dokładnie mam na myśli ;-)

Obieramy i siekamy dwie małe białe cebule lub trzy dymki, to samo robimy z trzema-czterema ząbkami czosnku, płuczemy i rozmrażamy krewetki i przystępujemy do najbardziej żmudnego zajęcia, czyli obieramy pomidory w dużej ilości, minimum to osiem sztuk średniej wielkości (topimy je we wrzątku i obdzieramy z obłażącej skórki), po czym dwa z nich kroimy w klasyczne plastry, które pamiętamy z imienin u cioć, pozostałe natomiast filetujemy, czyli wycinamy wszystko, co prawie płynne i całe w pestkach w środku. Tak przygotowane dość drobno siekamy. Mocno rozgrzewamy olej i przesmażamy cebulę, kiedy się zeszkli, dorzucamy czosnek, po czym spektakularnie (czyli wielkim chlustem) wlewamy spory kieliszek klasycznego białego wytrawnego wina, odrobinę odparowujemy je i dorzucamy posiekane pozbawione wnętrz pomidory, na później zostawiamy te pokrojone w plastry. Lekko solimy (trzy szczypty), lekko cukrzymy (płaska łyżeczka) i mocno pieprzymy, czyli jak w życiu ;-) Kiedy to nam się pięknie przesmaża, siekamy pęczek pietruszki. Na patelni obok na małej ilości oleju króciutko, tak żeby tylko chwyciły smakowicie zaróżowiony odcień, obsmażamy krewetki i dorzucamy do pomidorowego sosu wraz z posiekaną pietruszką.

Do średniej wielkości naczynia do zapiekania (akurat to danie przepięknie i bardzo smakowicie wygląda w przezroczystym) wlewamy zawartość patelni, na wierzch kładziemy dość ścisło plastry pomidorów i przykrywamy je kołderką z grubo pokrojonego w plastry sera feta.

Wstawiamy do piekarnika i zapiekamy przez maks 10 minut, podajemy na stół wraz z naczyniem. Moim zdaniem najlepiej smakuje w wyłącznym towarzystwie dobrego bardzo wytrawnego białego wina (tym bardziej, że butelkę na okoliczność podanego dania mamy już otworzoną ;-). Do wylizywania pysznych pozostałości znakomicie nadaje się świeży ciemny wiejski chleb lub puchata bułka.

Czego będziemy potrzebować?

- pół kilo mrożonych świeżych krewetek

- dwie cukrowe cebule lub trzy dymki

- trzy-cztery ząbki czosnku

- dużo pięknych pachnących pomidorów, ale nie mniej niż osiem

- duży kieliszek białego wytrawnego wina

- pęczek pietruszki

- serek feta

- sól, cukier, pieprz

- ewentualnie chleb lub bułka do towarzystwa.

 



Komentarze (0)
Garam masala, czyli nie zawsze curry.
 Oceń wpis
   

Poniższy przepis wprost idealnie nadaje się na taki wieczór, jak dziś. Na zewnątrzleży brudny śnieg, ale nie zdążysz go zobaczyć, bo jak to w listopadzie, pracy tyle, że naraz odbierasz trzy telefony, w między czasie odpowiadając na maile i zgrywając terminy. Wszyscy nie mają pół sekundy wolnego czasu…

Więc po pierwsze, żeby się rozgrzać, po drugie, żeby zobaczyć piękne kolory (i uwierzyć, że one wciąż istnieją), po trzecie, żeby rozpalić wolę życia oraz chęci na ciąg dalszy wieczoru inny niż nieprzytomne pochrapywanie na kanapie, najlepiej zrobić curry, które pachnie wakacjami :-) w moim przypadku londyńskimi, bo to właśnie tam zdarzyło mi się jeść najpyszniejsze na świecie ;-)  Nie bez znaczenia jest również fakt, że zrobienie całego dania zajmie zapewne mniej czasu niż przeczytanie o nim.

I tu tkwi najpiękniejsza cecha tego przepisu: otóż można go bezproblemowo zastosować do krewetek (oczywiście!), ale też ryby czy warzyw.

Dlaczego więc w tytule znajduje się ‘garam masala’? Otóż jest to podobnie jak curry mieszanka przypraw, mojemu gustowi znacząco bardziej odpowiadająca, taka bogatsza w gorący orientalny smak cynamonu i może nieco więcej w nim wyczuć można imbiru. Dla nieortodoksyjnych smakoszy różnica pomiędzy curry i garam masala może być rozkosznie niewyczuwalna.

Zaczynamy od obrania i drobnego posiekania dwóch cebuli, jak zwykle namawiam do białej cukrowej, ale zwyczajna również będzie bardzo dobra. Płuczemy i rozmrażamy krewetki (jeśli) lub kroimy rybę na kawałki, wielkości na-raz-do-buzi. Obieramy dwa pomidory. Proponuję w małym garnku zagotować wodę w takiej ilości, żeby po zanurzeniu pomidora w całości go zatapiała. Do gotującej się wody wkładamy na około minutę pomidora, po wyjęciu skórka powinna sama schodzić (niektórzy przed włożeniem do wody nacinają warzywa na przeciwnym biegunie niż szypułka, ale i bez tego skórka zejdzie, więc mnie to się wydaje zbędne). Przecinamy pomidora na pół i wycinamy tzw. gniazda nasienne – fu! kto wymyślił tak nieapetyczną nazwę?? Tak czy owak poza skórką pozbywamy się również mokrego środka pomidorów, tak spreparowane dość drobno siekamy. Pod ręką przygotowujemy słoiczek z garam masala lub curry, jeśli używamy przypraw w wersji mokrej  (pasta) zdecydowanie polecam brytyjskiej (a jakże!) firmy PASCO Spices and Herbs spokojnie dostępnej w większości sklepów, jeśli w wersji sypkiej, to proponuję dokonać samodzielnej selekcji, ponieważ ja nie przepadam za taką formą akurat tych mieszanek ;-) Również pod ręką przygotowujemy puszkę mleczka kokosowego.

Rozgrzewamy olej i wrzucamy cebulę. Kiedy się zeszkli, w razie listopadowego zagapienia się, nie zaszkodzi jej nawet kiedy delikatnie się przypali. Dorzucamy posiekane pomidory, intensywnie mieszamy. Po kilku szybkich minutach dokładamy na patelnię dwie czubate łyżki garam masala, jeśli dysponujemy wersją łagodną, jeśli inną – sądzę że łyżka z powodzeniem wystarczy (jeśli używasz sypkiej przyprawy lepiej będzie rozprowadzić ją na patelni przed wrzuceniem pomidorów, skorzysta z tłuszczu na którym smażymy cebulę, co do ilości na wszelki wypadek proponuję jednak zerknąć na wskazówki na opakowaniu – zakładam, że po kolacji chcemy jeszcze odczuwać jakieś smaki ;-)

W między czasie na osobnej patelni przesmażamy bardzo krótko i na mega ogniu krewetki/rybę wraz ze zmiażdżonymi dwoma ząbkami czosnku, (jeśli nie wiesz jak się miażdży czosnek spójrz do mojego pierwszego wpisu) po czym dorzucamy na patelnię z garam masala, natychmiast wlewamy również ¾ puszki mleka kokosowego, intensywnie mieszamy, zagotowujemy i … gotowe :-)

W moim domu podaje się to danie na dzikim ryżu mieszanym z białym, całość obficie obsypując grubo posiekaną świeżą kolendrą.

Zdaniem niektórych, często karmionych ;-) to najpyszniejszy sposób na krewetki.

Co potrzebujemy?

- pół kilo krewetek obranych surowych zamrożonych lub ryby

- dwie cebule

- dwa raczej większe pomidory

- dwa ząbki czosnku

- pasta garam masala lub curry

- puszka mleka kokosowego

- ryż biały z dzikim

- pęczek kolendry.



Komentarze (3)
Krewetki nie koniecznie po rzymsku ;-)
 Oceń wpis
   

Kontynuując mój ulubiony temat krewetek, proponuję przejść do krewetek, które w wielu knajpach nazywane są rzymskimi, choć przyznam, że akurat w Rzymie z takowymi się nie spotkałam… Być może jest to dokładnie taka sama historia, jak z kawą po turecku, która nota bene w Moskwie jest nazywana kawą po polsku (ponoć podawana jest z cytryną), o której oczywiście nikt w Turcji nie słyszał czy fasolką po bretońsku, na myśl o której każdy Francuz, a Bretończyk (których na ich własną prośbę do Francuzów nie zaliczamy;-) w szczególności, przeżegnałby się nogą.

Krewetki te charakteryzują się skandaliczną kalorycznością i niebotycznym poziomem cholesterolu, toteż dobrze jest rozpieszczać nimi jedynie od czasu do czasu.

A więc zaczynamy tradycyjnie, czyli płuczemy krewetki (i tu bez ustępstw, czyli największe, jakie mieli w sklepie), siekamy kilka ząbków czosnku i kilka papryczek chili, mieszamy opakowanie tłustej śmietany z płaską łyżeczką mąki i dwiema szczyptami soli (żeby nam się nie zsiadła, kiedy mieszać ją będziemy z gorącymi krewetkami na patelni) oraz pod ręką stawiamy koniak (oczywiście nie będziemy tu lobbować za francuską szowinistyczną wąsko terytorialnie zakreśloną gałęzią przemysłu – z powodzeniem może być również brandy).

Rozgrzewamy olej, wrzucamy czosnek i papryczki, kiedy zapachną wrzucamy krewetki oraz obficie podlewamy koniakiem/brandy, odważni go podpalają na patelni, ja jakoś zawsze obawiam się o własne włosy oraz sąsiadujące z kuchenką ściany i tp, więc po prostu odparowuję na bardzo dużym ogniu alkohol.

Kiedy krewetki staną się intensywnie różowe wlewamy na patelnię przygotowaną wcześniej śmietanę, uprzednio zdjąwszy z ognia, dodajemy również płaską łyżeczkę cukru. Po wymieszaniu zagotowujemy zawartość i odczekawszy kolejne trzy minutki podajemy. Fantastycznie smakują z ryżem tradycyjnym wymieszanym z dzikim – na szczęście sprzedają już taki gotowy do gotowania w torebkach.

Danie ze względu na składniki wyłącznie dla dorosłych ;-)

Potrzebować będziemy:

- pół kilo krewetek

- 5-6 ząbków czosnku

- 8 papryczek chili

- jeden kubeczek tłustej śmietany

- płaska łyżka mąki

- płaska łyżeczka cukru

- dwie szczypty soli

- brandy

- ryż dziki mieszamy ze zwykłym.

 

 

 

Komentarze (0)
Krewetki najprostsze na świecie.
 Oceń wpis
   


  • Wracając do naszych wypasionych 'świeżych', czyli mrożonych bez obgotowania krewetek, to niewątpliwie najłatwiejsze do przygotowania będą najprostsze  najbardziej ukochane przez mojego ukochanego krewetki smażone z czosnkiem, czyli coś co na pewno już chociaż raz w życiu jedliście.

    Tradycyjnie dla dwóch osób potrzebować będziemy pół kilograma krewetek, tych w najbardziej ulubionym moim rozmiarze w takim opakowaniu będzie 16 do 20 sztuk. Do tego około 6-7 sporych ząbków czosnku oraz kilka papryczek chili.

    Krewetki płuczemy, rozmrażamy, czosnek po obraniu siekamy (przy okazji, jeśli do tej pory z trudem odrywasz skórkę z czosnku, proponuję położyć ząbek czosnku na desce do krojenia lub wprost na blacie i zmiażdżyć go kładąc na nim ostrze noża na płasko i dociskając dłonią – wyłuskany ząbek czosnku uwolni się sam:-). Siekamy również papryczki, uprzednio pozbawiwszy je pestek, które są samym piekłem.

    Rozgrzewamy olej i wrzucamy czosnek oraz papryczki, kiedy tylko intensywnie zapachnie dorzucamy krewetki i smażymy aż wszystkie będą łakomie różowe, z pewnością jednak nie dłużej niż pięć do siedmiu minut. I już! Można na koniec dodać jeszcze posiekaną pietruszkę, a w między czasie smażenia wlać pół szklanki białego wytrawnego wina. Sekretem całego procesu jest bardzo wysoka temperatura smażenia. 

    Do tego świetnie pasują prawdziwe grzanki, a więc takie z pieca z masłem czosnkowym. Najszybszy sposób na takie masło to roztopić odpowiednią, czyli oczywiście dużą, ponieważ grzankom tym nie sposób się oprzeć i znikają one z reguły w tempie nawet większym niż królewskie krewetki, masła, ale nie pozwolić mu wrzeć, dorzucić posiekanych kilka ząbków czosnku oraz posiekane pół pęczka świeżej pietruszki. Układamy na blasze kromki bułki (w moim odczuciu najlepsza do tego celu jest swojska bułka wrocławska) smarujemy każdą z nich tymże spreparowanym masłem i wstawiamy do piekarnika na góra 10 minut przy temperaturze około 200’C, dobrze smakują również dodatkowo z serem żółtym.

    Klasykę takich krewetek przyrządza mój świetnie gotujący starszy brat, który na skwierczący olej z czosnkiem i chili wrzuca krewetki, ale w pancerzach i potem podaje je wprost z patelnią na stół i zaczyna się rytuał, czyli obieranie i pałaszowanie parzących i tryskających na wszystkie strony skorupiaków. Po francusku zagryzane są bagietką, którą wylizywana do ostatniej kropli oliwy jest patelnia. Na koniec największe łakomczuchy oblizują palce aż po łokcie, nie koniecznie własne ;-).

    Co potrzebujesz dla dwóch osób:

    - pół kilo krewetek

    - 6-7 sporych ząbków czosnku

    - kilka papryczek chili

    - olej do smażenia

    - opcjonalnie pół szklanki wytrawnego bałego wina

    - opcjonalnie pęczek świeżej pietruszki

  • Na grzanki:

    - pół bułki wrocławskiej

    - 4 ząbki czosnku

    - pół pęczka pietruszki

    - opcjonalnie ser żółty


Komentarze (3)
Zacznijmy od krewetek.
 Oceń wpis
   

Jedną z największych przyjemności na świecie bez wątpienia jest jedzenie, to co mnie sprawia największą przyjemność to gotowanie i dzielenie się tą przyjemnością z innymi, najchętniej najbliższymi – taka karma: przekazywany z pokolenia na pokolenie w linii kobiecej imperatyw – kocham, więc karmię.

Jeśli więc zjawisz się niezapowiedziany w moim domu, czy będziesz głodny czy nie, z pewnością za chwilę dłuższą lub krótszą będziesz już jadł. W prywatnym rankingu karmionych bliskich i przyjaciół na pierwszym miejscu znajdują się krewetki, od nich więczacznę.

Wierzę, że są osoby, którym naprawdę sprawia przyjemność jedzenie krewetek tzw. koktajlowych, a więc małych różowych robaczków o długości ciała nie przekraczającej dwóch centymetrów, jeśli jednak chcielibyśmy poznać prawdziwy smak krewetek, proponuję po pierwsze skupić uwagę na rozmiarze, jednak im większe tym lepsze (choć i droższe) oraz na ich świeżości, czyli fakcie zamrożenia tuż po złowieniu bez ich obgotowywania, na co wskazuje szary kolor (różowieją zawsze pod wpływem wysokiej temperatury).

W Warszawie najlepsze krewetki sprzedają w sieci sklepów z orientalną żywnością, które mają swoje punkty w większości centrów handlowych (np. Galeria Mokotów czy Arkadia), ja kupuję u nich na ul. Poznańskiej na odcinku między Piękną a Wilczą (nomen omen naprzeciwko Szkoły Gastronomicznej - ciekawe czy mają tam zajęcia z krewetek). Tam też najświeższa (bo też i tylko taka ma sens, czyli obezwładniający zapach i smak) kolendra, która jest ziołem niewątpliwie kontrowersyjnym, warto przełamać się jeśli pierwszy raz nie wiąże się w Waszej pamięci z najlepszymi wrażeniami, przy następnych rozpłyniecie się z rozkoszy.

I tu dochodzimy do pierwszego przepisu, którym z radością się podzielę, ponieważ jest nieskomplikowany, szybki i, co nie mniej ważne, wywołujący naprawdę spektakularnie oszałamiający efekt.

Na każde dwie osoby potrzebujemy pół kilo krewetek (ja używam już obranych, ale można przed smażeniem swobodnie je oskubać samodzielnie z pancerzy, pamiętamy żeby wyjąć ciemną żyłkę na grzbiecie). Jeśli to będzie tylko przystawka, taka ilość wystarczy nawet na cztery osoby.

Zaczynamy od ich opłukania i rozmrożenia. Kroimy dwie średniej wielkości cebule (moim zdaniem najłagodniejsze, a także nie powodujące ryków nad deską, są cukrowe, czyli białe). Jeśli masz super wrażliwe oczy, zawsze obieraj je i krój zaczynając od góry. Obieramy również i bardzo drobno siekamy spory korzeń imbiru (około 8 cm długości), tak samo postępujemy z czterema-pięcioma dużymi ząbkami czosnku;  siekamy kilka papryczek chili lub piri piri (ile tych papryczek pozostawiam do Waszej decyzji, przy pięciu będzie delikatnie szczypiące, ja z reguły dodaję około dziesięciu, koniecznie ze środka usuwamy pestki, warto to zrobić, w innym przypadku popłaczemy się z bólu już przy pierwszym kęsie;-).

Siekamy pęczek kolendry i tu bez ustępstw – ona po prostu musi być świeża! Pod ręką stawiamy miód i przystępujemy do działania, którego efekty będą już za maksimum siedem minut. Na bardzo gorący olej wrzucamy w pierwszej kolejności cebulę (jeśli olej będzie za mało rozgrzany po pierwsze w całym pomieszczeniu zapachu jeszcze długo nie da się wywietrzyć, po drugie cebula zamiast się uroczo zeszklić i dumnie przysmażyć na chrupko, udusi się, a po co komu biedna uduszona cebula), tuż przed tym kiedy już będzie szklista dorzucamy imbir i trzy minuty później papryczki, po kolejnych trzech minutach wrzucamy krewetki, cały czas nie zmniejszamy ognia. Kiedy krewetki w przewadze już będą się różowić, polewamy je dwiema czubatymi łyżkami miodu, mieszamy, po kolejnych dwóch minutach wrzucamy kolendrę, mieszamy już ostatni raz i podajemy.

Warto wiedzieć, że danie to poza oczywistym faktem, że jest przepyszne ;-) składa się wyłącznie z afrodyzjaków, fantastycznie więc będzie nadawać się na ‘rozgrzewkę’ ekscytującej randki.

W moim domu z reguły stanowią danie główne, któremu towarzyszy klasyczne szafranowe risotto milanese oraz słodkie pomidory z czosnkiem, o czym już kiedy indziej. 

Czego będziesz potrzebować dla dwóch osób:

- pół kilo krewetek

- dwie białe cebule cukrowe

- 4-5 ząbków czosnku

- spory korzeń imbiru

- kilka (5-10) papryczek chili

- pęczek kolendry

- dwie łyżki miodu

 

 

Komentarze (5)