Czy sardynki pochodzą z Sardynii?
 Oceń wpis
   

  • Jak podaje encyklopedia kulinarna Larousse’a, to możliwe że nazwa niewielkich srebrnych rybek, znanych nam znakomicie z małych puszek, czyli bogatych w żelazo (tak, tak, odrabiam ostatnio również i tę lekcję!) sardynek pochodzi od nazwy przepięknej wyspy Sardynii, wokół której od starożytności ponoć były one poławiane. Czy jest to prawdą, dziś trudno byłoby potwierdzić doszukując się tego powiązania we współczesnej tradycyjnej kuchni Sardynii, bowiem przede wszystkim króluje tu mięso, pyszne i różnorodne pieczywo (w tym chleb całkiem płaski i chrupki, z powodu swojego podobieństwa zwany carta da musica), zniewalający ser kozi i owczy. Dlaczego? Otóż Sardyńczycy ponad wszystko na świecie od zawsze po dziś dzień cenili i cenią sobie wolność i niezależność – szczycą się tym, że nawet Juliusz Cezar ich nie podbił! To przetrwanie i nie poddanie się na przestrzeni wieków przede wszystkim zawdzięczali osadnictwu w głęboko niedostępnych wysoko i względnie daleko od brzegu położonych mieścinach i wioskach. Zatem wbrew oczywistym oczekiwaniom, rdzenna kuchnia Sardynii wcale nie obfituje w ryby i owoce morza, a także bardzo niewiele wspólnego ma z tak lubianą przez Polaków kuchnią włoską. Jednak i w tu znaleźć można wspaniałe wyjątki, do których niewątpliwie zaliczyć trzeba pasta bottarga, czyli jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, makaron z suszoną ikrą tuńczyka. W swojej prostocie wręcz mistyczne danie przygotowuje się mieszając ugotowany al dente makaron typu spaghetti z oliwą i startą suszoną ikrą, którą na Sardynii kupić można w każdym spożywczaku w postaci niezbyt apetycznie wyglądającego kilkucentymetrowego sprasowanego bloku w burym kolorze. Co za smak! Skoncentrowany do granic możliwości zapach i smak oceanu w połączeniu z genialną prostotą makaronu zniewala i nie pozwala o sobie zapomnieć, podobnie jak i cała wyspa z dzikością i niedostępnością górskich krajobrazów oraz szmaragdowym morzem otoczonym maleńkimi białymi piaszczystymi plażami w większości dostępnymi wyłącznie od strony wody. CUDO :-)

     

Komentarze (1)
Campo dei Fiori, trofie i Żubrówka.
 Oceń wpis
   

Po raz kolejny cieszę się połączeniem składników pochodzących z definitywnie różnych kultur. Genezą powstania poniższego makaronu stało się otrzymanie dwóch cudnych prezentów: suszonych pomidorów prosto z Campo dei Fiori w wiecznym mieście Rzymie, przywiezionych przez moją Bratową Monikę oraz fantastycznego duetu wódek Żubrówek ubranych w modne żubranka zaprojektowane przez celebrycką parę Oliviera Janiaka i jego żony Karoliny.

Na dobrze rozgrzanym oleju przesmażyłam drobno posiekany czosnek. Kiedy zapachniał, dorzuciłam pokrojone w paski PRZEPYSZNE prawdziwe suszone pomidory oraz dwie minuty później kilka kostek lekko już rozmrożonego szpinaku w całych liściach, posoliłam, popieprzyłam, wlałam więcej niż pięćdziesiątkę kultowej Żubrówki, chwilę odczekałam na bardzo silnym ogniu celem odparowania alkoholu i przykryłam pokrywką, uprzednio dorzuciwszy skruszoną w dłoniach łyżkę suszonego czerwonego pieprzu.

W między czasie dogotowywał się jeden z moich najbardziej ulubionych rodzajów makaronu, czyli trofie (w niektórych sklepach mamy szansę kupić je świeże, a nie suszone – polecam!) tym razem w wersji trójkolorowej.

Makaron, kiedy już z powodzeniem doszedł, odcedzony wymieszałam z makaronem oraz posypałam świeżo zmielonym pieprzem oraz startym parmezanem. O fantastycznym zgraniu tego międzynarodowego duetu najlepiej opowiedzieć by mogły szczęśliwe pary polsko-włoskie: dużo ognia, dużo namiętności, zero obojętności. I o to chodzi!

Dla dwóch osób potrzebować będziemy:

- sześć ząbków posiekanego czosnku;

- siedem – osiem pokrojonych w paski suszonych pomidorów;

- pięć kostek/serduszek mrożonego szpinaku w całych liściach;

- pięćdziesiątka Żubrówki

- sól, pieprz, łyżka suszonego czerwonego pieprzu

- połowa opakowania makaronu typu trofie

- starty parmezan do posypania.

 



Komentarze (2)
Najlepszy makaron po... ;-)
 Oceń wpis
   

Bardzo często głód łapie nas nagle, niespodziewanie i zdecydowanie gołym, choć nie tylko, okiem widać, że nie jest małym głodem do zabicia przy pomocy ‘danio’. I mimo iż z reguły OCZYWIŚCIE przygotowani jesteśmy na wszelkie scenariusze planowanego tete-a-tete, wydaje się, że mało kto z nas przewiduje, że ‘po papierosie’ nastąpi konstatacja ‘głodny/a jestem jak wilk!’ której to za podkład muzyczny służyć będzie donośne burczenie sprawiedliwie zdyszanych brzuszków ;-)

Wobec nie zaprowiantowania uprzednio lodówki wybory ograniczają się do korzystania z żelaznej rezerwy. Zawsze liczyć można w tak romantycznej chwili na Włochów i ich makarony, z kultowym aglio olio na czele.

Moim zdaniem wręcz fantastycznie sprawdzi się makaron ze szpinakiem i suszonymi pomidorami, z powodu dostępności produktów (o każdej porze każdego dnia i nocy w zamrażarce naszej lodówki mieć możemy szpinak, zwłaszcza pięknie porcjowany w kształcie serduszek – w końcu warto dać pretekst drugiej stronie do wygłoszenia deklaracji uczuć ;-) i bardzo szybkiego czasu przygotowania potrawy.

Wrzucamy na wrzątek makaron, w typie jaki uwielbiamy najbardziej lub… który znaleźliśmy w przepastnych szufladach naszej kuchni. Siekamy trzy ząbki czosnku, przesmażamy wraz z posiekanymi kilkoma suszonymi pomidorami i dokładamy 7-9 serduszek zamrożonego szpinaku, podlewamy odrobiną wytrawnego białego wina, przykrywamy. Po kilku minutach duszenia obficie pieprzymy świeżo zmielonym pieprzem, solimy odrobinę.

Dodajemy w zależności od zawartości lodówki: kubeczek śmietany rozmieszanej z płaską łyżeczką mąki z grubego przemiału, opakowanie lub dwa serka topionego, małe opakowanie lightowego serka wiejskiego.

Odcedzamy makaron, mieszamy z sosem, jeśli mamy, podajemy posypany startym parmezanem oraz świeżo zmielonym pieprzem. Jeśli w trakcie gotowania uznamy, co się zdarza ;-), że być może jednak to nie koniec nocy, proponuję do sosu trzy minuty po wrzuceniu czosnku dorzucić płaską łyżeczkę peperoncino. Nie to żebyśmy wątpili w naszą Randkę! Ale dopomóc szczęściu nigdy nie zaszkodzi :-)

Potrzebujemy:

- makaron, jeśli mamy wybór, znakomicie sprawdzą się papardelle, ale też penne, rigatoni,

- szpinak mrożony

- trzy ząbki czosnku

- sześć – siedem połówek suszonych pomidorów

- opakowanie lightowego serka wiejskiego

- sól, pieprz

- ewentualnie parmezan.

 



Komentarze (0)
ABSOLUTne zauroczenie!
 Oceń wpis
   

 Zdarzył mi się ostatnio honor bycia jurorką w konkursie ABSOLUT Bartender of the year. Fantastyczne doświadczenie! Spróbowałam prawie dwudziestu (!!!) drinków z kategorii ‘after dinner’ – Bóg mi świadkiem, że nie jestem w ogóle specjalistą w tej dziedzinie…  Tak czy owak, odkryć było co najmniej kilka: drink wyróżniony, czyli super wytrawny smak i kwiat w ozdobie, róża w kieliszku i róża w smaku i zapachu (ABSOLUTne odkrycie!) oraz last but not least miodowo-śmietankowy zwycięzca! Wszystkie w swoim składzie zawierały doskonałej jakości wódkę ABSOLUT, co w oczywisty sposób sprowokowało bardzo wiele skojarzeń.

Po pierwsze, to szwedzka wódka, a co za tym idzie szwedzka IKEA, szwedzka prostota, szwedzki łosoś. Co w mojej  głowie wywołuje natychmiastowe skojarzenie z sosem z łososiem, wódką i kawiorem. Po drugie, wódka, czyli destylat. Są tacy, którzy twierdzą, że historia współczesnej ludzkości rozpoczęła się wraz z pozyskaniem wiedzy, jak go uzyskać.
 
Czy wszyscy wiedzą, że wódeczka wywodzi się z Polski? Nawet w encyklopediach o tym piszą  Bywa lekiem, również na całe zło   Bywa cudowną rozrywką. Bywa niezastąpionym składnikiem potraw. I właśnie o takim przypadku poniżej.
Makaron z sosem. Cóż może być prostszego? Otóż, gwarantuję, że po takim makaronie z pewnością nikt nie pozostanie obojętny!
 
Siekamy bardzo drobno dwie cebule oraz cztery ząbki czosnku. Kroimy w całkiem spore kawałki marynowanego (skandynawskiego gravlaxa) lub wędzonego łososia.
W dużym garnku wrzucamy na osolony wrzątek makron typu tagliatelle lub papardelle.
Na patelni obok szklimy cebulę, dorzucamy czosnek oraz łososia. Zalewamy setką wódki, podpalamy, jeśli mamy wystarczająco dużo odwagi, lub odparowujemy.
 
Mieszamy. Kubeczek tłustej śmietany hartujemy szczyptą soli i szczyptą mąki razowej oraz łyżką sosu z patelni. Dolewamy do garnka z łososiem. Pieprzymy. Zagotowujemy.
Makaron mieszamy z sosem, podajemy udekorowany czarnym kawiorem. Smakuje ABSOLUTnie 
 
Czego potrzebujemy?
 
- paczkę papardelle lub tagliatelle
 
- dwie małe cebulki
 
- cztery ząbki czosnku
 
- 400 gr łososia marynowanego lub wędzonego
 
- prawie setka wódki czystej
 
- kubeczek tłustej śmietany
 
- sól, pieprz, mąka
 
- czarny kawior.
 
 
Komentarze (0)
Najpiękniejsza kosmopolitka.
 Oceń wpis
   

W dzisiejszej ‘gazecie’ (z 10 lipca) napisali, że większość z nas, Polaków, jest za parytetem względem płci, w przeciwieństwie do… obecnej minister ds. równego statusu kobiet http://wyborcza.pl/1,75478,6807518,Narod_za_kobietami.html .  Ot, co! Świat staje na głowie, można by rzec. Ja powiem: jestem z nas dumna! Jesteśmy mądrzejszym i bardziej świadomym społeczeństwem niż komukolwiek z nas oraz nich, czyli tych bardziej przy władzy, by się wydawało.

Więc na fali mojego buchającego właśnie patriotyzmu, będzie o kolejnym polskim specjale, czyli szynce. Temat rzeka. Bardzo męski. Moja ostatnia przygoda z szynką spektakularnie rozegrała się w odsłonie krajobrazu mazurskiego w towarzystwie pięknych kobiet i bardzo męskich mężczyzn, z których jeden uwędził, a inny przygotował do bezpośredniego spożycia naprawdę filmowy kawał szynki.

Heros Kwiatek i jego łup !

Obecni spożywali grube na półtora centymetra plastry ciepłej szynki używając w tym celu wyłącznie dłoni, które post fatum dobitnie zaświadczały o soczystości mięsa. Nie muszę dodawać, że towarzyszący mi pies Mister kompletnie oszalał :-) Szynka okazała się być kosmopolitką, ponieważ, ku zdumieniu, starannie wyselekcjonowana przyjechała ze stolicy i dopiero na miejscu - in the middle of nowhere mazurskiej głuszy - nabrała swojskiego charakteru i soczystej krzepy.

 (to jest krzepka szyneczka !!!)

Przypomniała mi ona nagle o sosie Alfredo, o którym już wiele tygodni temu miałam napisać i … trochę zapomniałam. Być może musiał on poczekać na mazurskie olśnienia. Kiedyś czytałam, że sos ów genezę swoją ma w kapryśnej naturze kobiety z jednej strony, a wielkiej miłości z drugiej. Otóż ponoć tytułowy Włoch Alfredo głowił srodze się nad przypadłością swojej żony, która była… niejadkiem straszliwym. Toteż żeby zachęcić ją do spożywania bądź co bądź narodowego specjału, sporządził sos do pasty w oparciu o masło, śmietankę i parmezan. Dziś wariacji na temat takiego sosu z pewnością są dziesiątki.

Moja wzięła się ze szczególnego ostatnio zamiłowania mojej ukochanej Zuźki do spożywania makaronów z sosem białym. W odpowiedzi więc, wrzuciwszy już na wrzątek makaron (kształt dowolny, ale raczej z większą powierzchnią do oblepiania) na maśle przesmażyłam drobno posiekany czosnek wraz z pokrojoną w dość drobne paski szynką (i cały czas żałuję, że wówczas nie byłam w posiadaniu tej warszawsko-mazurskiej charakternej dziewuchy!). Kiedy już bardzo zapachniało, dorzuciłam zielony groszek i wlałam śmietanę (zawsze tłustą, wymieszaną ze szczyptą soli i szczyptą mąki razowej), zagotowałam. Popierzyłam, ze względu na obecność szynki nie soliłam. Dorzuciłam garść startego parmezanu, zamieszałam żeby się rozpuścił.

Ugotowany al dente i odcedzony makaron wrzuciłam do sosu, zamieszałam. Na stole obok talerza z daniem, podałam również drobno starty parmezan, do posypania już samodzielnie. Zdaniem Zuźki, której to małe święto obchodziliśmy, a także towarzyszącej jej Luli i Mary, danie okazało się być strzałem w dziesiątkę, mnie pozostaje dodać - polecam! Zwłaszcza, kiedy na naszej drodze spotkamy wszelkiej maści niejadków, również tych emocjonalnych  ;-))) 

Potrzebujemy:

- paczkę dobrego makaronu

- masło, pieprz

- cztery ząbki czosnku

- sześć grubszych i większych plastrów szynki

- puszka zielonego groszku

- kubeczek tłustej śmietany

- szczypta soli, szczypta mąki razowej

- opakowanie parmezanu

 

Komentarze (0)
007 czyli rodzina Broccoli ;-)
 Oceń wpis
   
  • Znana z końcowych napisów większości, jeśli nie wszystkich Bondów, rodzina Broccoli każdorazowo rozpala wyobraźnię na tematy różne, z przeważającym na czele, czyli któż z nas nie chciałby w ich zastępstwie produkować najbardziej seksistowskiej, snobistycznej, wypasionej serii filmów w historii kina??!!

    W zdecydowanej opozycji do najbardziej męskiego super sexy zajęcia znajduje warzywny odpowiednik szczytnego nazwiska, czyli brokuły. W powszechnej świadomości znajdują się one gdzieś pomiędzy dobrze z przedszkola znaną papką szpinakową a rozgotowanym z towarzyszeniem podejrzanego zapachu na amen kalafiorem.

    Tymczasem dumne to warzywo ma swoją wielowiekową historię zakorzenioną w imperium rzymskim (skądinąd etymologia słowo broccolo wywodzi z włoskiego ‘kwiatu/pędu kapusty’ – wielkie dzięki za Twoją pomoc, Rudzielcu!), skąd w niezasłużenie długim czasie rozprzestrzeniało się na cały świat – na przykład do Stanów dotarło dopiero w latach dwudziestych poprzedniego wieku…oczywiście za sprawą włoskich imigrantów. Włosi świeży, przede wszystkim młody, brokuł przesmażają na oliwie z czosnkiem i białym winem. My wolimy z reguły ugotować go w wodzie i podać, śladem kalafiora, bogato okraszony masłem z bułką tartą.

    Brokuły najcudniejsze są młode, podobnie jak inne warzywa, zwierzęta oraz dziewczęta ;-))) Najpyszniejsze zatem właśnie się zaczynają – korzystajmy! Na przykład przyrządzając makaron z brokułami i pesto.

    Siekamy niezbyt drobno czosnek, tniemy w mniej więcej półcentymetrowe paski dobrej jakości suszone pomidory, trzemy połowę klasycznego kawałka parmezanu. Gotujemy wodę, wrzątek solimy i wrzucamy makaron. Jaki? Taki, jaki najbardziej lubimy, pamiętając jedynie, że powinien mieć powierzchnię, którą docelowo oblepi sos. Idealne zatem będzie rigatoni, farfalle, tagliatelle, papardelle, unikajmy natomiast raczej spaghetti - przyda się innym razem, do aglio olio na przykład.

    W garnku obok rozgrzewamy olej, na którym przysmażamy czosnek oraz suszone pomidory, dorzucamy podzielone na różyczki dwie małe główki brokułów. Wlewamy słoiczek pesto (można też zrobić samodzielnie miksując pęczek świeżej bazylii z orzeszkami pinii, pecorino lub parmezanem i oliwą, choć gotowym włoskim produktom z reguły nic nie brakuje). Mocno pieprzymy, nie solimy! Zamykamy szczelną przykrywką i dusimy góra pięć minut. Można lekko podlać białym winem.

    Odcedzamy makaron i dorzucamy do garnka z sosem, mieszamy, podajemy posypawszy startym parmezanem. Gwarantuję, że smakować będzie nawet najbardziej zagorzałym mięsożernym macho!

    Potrzebujemy:

    - makaron

    - cztery do sześciu ząbków czosnku

     

- około siedmiu - ośmiu cząstek suszonych pomidorów

- dwie małe główki brokułów

- słoiczek pesto genovese

- pół klasycznego trójkątnego kawałka parmezanu

- pieprz, ewentualnie pół kieliszka białego wina.

 

Komentarze (4)
Jedna z moich wielkich kulinarnych miłości.
 Oceń wpis
   

Jak zostało zapowiedziane, dziś będzie o serach, których historia sięga wieków całych, a w moim życiu ich historia sięga pierwszego narciarskiego wyjazdu do Francji około 17 lat temu, kiedy to moja, wówczas jeszcze przyszła, Bratowa prowadząc miłe pogawędki z Panią sklepową dokonywała wyboru serów spośród na oko setek zgromadzonych na stoisku. Od tamtej pory sery stanowią istotny element kulinarny, i przyznam że moje podniebienie w równym stopniu od święta uwielbiam rozpieszczać champagne, jak i roquefort :-)

Z całą pewnością do dziś uwielbiam klasyczne brie, jak i camembert, ale też przecudownie łagodnego saint albreya oraz potwornie cuchnącego, ale za to bosko smakującego reblochona o gładkiej miękkiej konsystencji.

Podobnie, jak reblochon, specjalnością Sabaudii, a więc górzystego regionu, który ma szczęście posiadać w swoich granicach wysokie Alpy, są proste wiejskie potrawy jak tartiflette (ziemniaki, cebula, boczek, reblochon), raclette (roztopiony ser w towarzystwie wędlin i/lub warzyw) czy fondue savoyarde. Składnikiem nieodzownym i obowiązkowym w przypadku wszystkich powyższych są sery.

 

Moim faworytem jest fondue, które ma zapewne tyle samo zagorzałych zwolenników, co stanowczych przeciwników. Podawane w żeliwnym kociołku nasmarowanym ząbkiem czosnku stanowi mieszankę dwóch serów: Beauforta i Comte’a, rozpuszczonych w wysokiej temperaturze, a przede wszystkim w białym wytrawnym winie, choć na ostatnich nartach zdarzyło mi się jeść takie, w którym wino zostało zastąpione winem musującym. Przyznam, że mimo mojej wielkiej słabości do szampanów, cav, prosecco i wszelkich innych musujących brutów, różnica w smaku fondue pozostała niezidentyfikowana ;-) Fondue spożywamy maczając w żeliwnym stale podgrzewanym naczyniu z rozpuszczonymi serami kawałki czerstwej bagietki na-raz-do-buzi, przy pomocy specjalnego sztućca – naprawdę trudno przerwać taką ucztę! Niestety, po orgii należałoby wejść co najmniej na Mont Blanc, żeby spróbować spalić choć połowę pochłoniętych kalorii, o kondycji wątroby po takim wyczynie nie wspominając ;-)) 

Nigdy nie zdecydowałabym się na przyrządzanie tej potrawy w domu. Mam jednak wiele ulubionych potraw, które bez sera/serów nie miałyby racji bytu. Mamy tu fetę, bez której nie wyobrażam sobie ulubionej sałaty i ulubionych krewetek saganaki. Mamy również ukochane caprese, którego nie ma bez mozarelli. I wreszcie jeden z moich najbardziej ulubionych makaronów, czyli cztery sery. Jest idealnym rozwiązaniem, kiedy mamy mało czasu i niewiele w lodówce, a dodatkowo nie zdążyliśmy nic zjeść przez cały dzień.

Gotujemy makaron, taki jaki najbardziej lubimy. Ja gotuję papardelle lub tagliatelle. W tym samym czasie rozpuszczamy dwie łyżki masła, dodajemy dwie łyżki mąki i intensywnie mieszamy, dosypujemy mniejsze pół łyżeczki startej gałki muszkatołowej, kiedy mamy już jednolitą konsystencję powoli i konsekwentnie dolewamy zimne mleko, aż uzyskamy lejącą się konsystencję. Wówczas dodajemy sery. Oczywiście cztery ;-) Radzę eksperymentować z różnymi serami, osobiście uwielbiam połączenie sera pleśniowego typu camembert z ementalerem i niebieskim serem. Jak widać cztery sery, czyli trzy ;-))) Czwartym – parmezanem – posypuję danie na talerzu. Dużo pieprzymy, jeśli do stołu siadają tylko dorośli dolewamy pięćdziesiątkę wiśniówki.

Sos, jak najczulsza kochanka przylgnie do makaronu koniecznie al dente. I tak jak najczulsza kochanka, spowoduje natychmiastową rozkosz…. naszego podniebienia ;-)

Potrzebujemy:

- paczkę dobrej jakości makaronu

- dwie łyżki masła

- dwie łyżki mąki

- camembert

- ementaler

- niebieski ser

- pieprz, ewentualnie wiśniówka

- parmezan celem smakowitego posypania całości na talerzu.


 

 

Komentarze (5)