Czy sardynki pochodzą z Sardynii?
 Oceń wpis
   

  • Jak podaje encyklopedia kulinarna Larousse’a, to możliwe że nazwa niewielkich srebrnych rybek, znanych nam znakomicie z małych puszek, czyli bogatych w żelazo (tak, tak, odrabiam ostatnio również i tę lekcję!) sardynek pochodzi od nazwy przepięknej wyspy Sardynii, wokół której od starożytności ponoć były one poławiane. Czy jest to prawdą, dziś trudno byłoby potwierdzić doszukując się tego powiązania we współczesnej tradycyjnej kuchni Sardynii, bowiem przede wszystkim króluje tu mięso, pyszne i różnorodne pieczywo (w tym chleb całkiem płaski i chrupki, z powodu swojego podobieństwa zwany carta da musica), zniewalający ser kozi i owczy. Dlaczego? Otóż Sardyńczycy ponad wszystko na świecie od zawsze po dziś dzień cenili i cenią sobie wolność i niezależność – szczycą się tym, że nawet Juliusz Cezar ich nie podbił! To przetrwanie i nie poddanie się na przestrzeni wieków przede wszystkim zawdzięczali osadnictwu w głęboko niedostępnych wysoko i względnie daleko od brzegu położonych mieścinach i wioskach. Zatem wbrew oczywistym oczekiwaniom, rdzenna kuchnia Sardynii wcale nie obfituje w ryby i owoce morza, a także bardzo niewiele wspólnego ma z tak lubianą przez Polaków kuchnią włoską. Jednak i w tu znaleźć można wspaniałe wyjątki, do których niewątpliwie zaliczyć trzeba pasta bottarga, czyli jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, makaron z suszoną ikrą tuńczyka. W swojej prostocie wręcz mistyczne danie przygotowuje się mieszając ugotowany al dente makaron typu spaghetti z oliwą i startą suszoną ikrą, którą na Sardynii kupić można w każdym spożywczaku w postaci niezbyt apetycznie wyglądającego kilkucentymetrowego sprasowanego bloku w burym kolorze. Co za smak! Skoncentrowany do granic możliwości zapach i smak oceanu w połączeniu z genialną prostotą makaronu zniewala i nie pozwala o sobie zapomnieć, podobnie jak i cała wyspa z dzikością i niedostępnością górskich krajobrazów oraz szmaragdowym morzem otoczonym maleńkimi białymi piaszczystymi plażami w większości dostępnymi wyłącznie od strony wody. CUDO :-)

     

Komentarze (1)
Co za tydzień! - "Gotuj o wszystko"
 Oceń wpis
   

Cóż o był za tydzień! Udało się wygrać casting Dzień Dobry TVN i firmy KAMIS w konkursie ‘Gotuj o wszystko’!

Cóż to były za emocje! Spędziłam naprawdę niesamowity dzień w studiu u zbiegu Hożej i Marszałkowskiej: zobaczyć to wszystko od środka, te tłumy ludzi z ekipy realizującej przedsięwzięcie, tę fantastyczną atmosferę dalece odbiegającą od stereotypu telewizji warczących na siebie osobników, jaką większość z nas nosi w głowie – naprawdę bezcenne!

Był to już czwarty, a zarazem ostatni, casting, w którym udział wzięło trzynaście rewelacyjnych kobiet. Co do zasady tematyczny, tym razem zakładał defoultowe użycie makaronu penne. Nie ukrywam, że odetchnęłam z ulgą, bowiem w poprzednich castingach w roli głównej występowało między innymi… jajko. Kiedy dostałam spis pozostałych dostępnych produktów, miałam w głowie co najmniej pięć różnych sosów, ale wobec istotnie z każdą minutą rosnącego stresu, a także presji czasowej wybrałam absolutny klasyk, czyli rozszerzoną o mocno przesmażoną szynkę oraz cukrowy groszek wariację na temat penne Alfredo, czyli ulubioną pastę Zuźki, Marii i Lulki. W ferworze gotowania w obstrzale kamer, a przede wszystkim przed obliczem Wysokiego Jury, zapomniałam w odpowiednim momencie dorzucić groszek, a potem było już za późno… Nic to! Kiedy wyszłam, dotarło do mnie z całą mocą, że zapomniałam również dodatkowo osolić danie – na szczęście zarówno szynka, jak i parmezan, a także lekko osolona celem uniknięcia przykrych niespodzianek śmietanka, okazały się być wystarczająco słone :-)

Niewątpliwie największą satysfakcją, tuż obok wygranej w postaci otrzymanego z rąk Jury wałka w roli przepustki do programu był komentarz, że to właśnie moje penne najbardziej smakowało. Ta świadomość niesie mnie na skrzydłach! Trzymajcie za mnie kciuki w następnym etapie :-). 

Więcej o tym fascynującym konkursie w tym miejscu dziendobrytvn.plejada.pl/27,28210,news,1,1,trwa_konkurs_gotuj_o_wszystko,aktualnosci_detal.html 

Przepis na penne z castingu do ‘Gotuj o wszystko’, wyjątkowo w ilości na jedną porcję:

- pół cebuli dymki;

- dwa małe ząbki czosnku;

- 3 x 7 x 2 cm kawałek szynki, pokrojony w niezbyt drobną kostkę;

- 1/3 szklanki tłustej śmietanki;

- mały kawałek drobno startego parmezanu;

- dwie łyżki typu chochla ugotowanego trzykolorowego makaronu penne;

- do towarzystwa garść rukoli i dwa przecięte na pół pomidorki polane oliwą truflową.

Na dwóch łyżkach masła przesmażamy dość drobno posiekaną cebulkę, dorzucamy posiekane ząbki czosnku i chwilkę później szynkę, mieszamy i trzy minuty później dolewamy posoloną śmietankę. Pieprzymy solidnie nasz sos. Dorzucamy trzy czwarte startego parmezanu. Na patelnię dorzucamy penne, potrząsamy patelnią, wykładamy na talerz. Obok kładziemy rukolę, na niej przecięte na pół pomidorki i całość lekko skrapiamy oliwą truflową. Voila!

 

 

Komentarze (4)
Najlepsza pasta, na przekór porze roku - primavera.
 Oceń wpis
   

Ponieważ wokół ciemno, szaro i ponuro, grzeję się wspomnieniami gorącej, pięknej wiosny Buenos Aires, gdzie świdrujące światło tamtejszego słońca wydobywa barwy nieosiągalne na naszej połowie globu, co notabene znajduje niezwykłe odzwierciedlenie w oryginalnej sztuce. O oczywistych argentyńskich stekach i innych kulinarnych i nie tylko niespodziankach nie koniecznie w rytmie tanga będzie przy najbliższych okazjach, a tymczasem o paście wiosennej.

Gotujemy w osolonym wrzątku makaron, ja ponownie postawiłam na papardelle.

Na mojej ukochanej żeliwnej patelni ( http://ekuchareczka.pl/?p=294  ) rozgrzałam olej i smażyłam partiami pokrojoną wzdłuż w centymetrowe długie plastry cukinię (duże warzywa proponuję przekroić na pół i dopiero wtedy w plastry).

Na osobnej patelni przesmażyłam posiekany czosnek wraz z drobno pokrojonymi suszonymi pomidorami, dosypałam łyżeczkę przywiezionego z Kalabrii ostrego jak sama mafia peperoncino, dorzuciłam pokrojone w ósemki obrane świeże pomidory. Smażyłam około pięciuminut, po czym dołożyłam przesmażone cukinie. Dopiero na sam koniec dodałam przecięte na pół truskawkowe pomidorki koktajlowe. Zmieszałam z ugotowanym al dente makaronem, podałam bardzo obficie posypany startym parmezanem oraz grubo zmielonym czarnym pieprzem.

Jeśli w czasie szaro brudnej jesieni nie możemy delektować się wiosną boskiego Buenos, proponuję choć raz w tygodniu zjeść coś wiosenno-letniego :-) w zastępstwie zawiesistych bigosów, schabowych i pieczonego boczku oraz oczywiście zasmażki ;-)

Czego potrzebujemy?

- około pół paczki makaronu, jaki lubimy, raczej długiego typu papardelle, tagliatelle, spaghetti niż penne czy farfalle czy rigatoni

- trzy – cztery ząbki czosnku

- sześć do ośmiu dobrej jakości suszonych pomidorów

- dwie spore lub trzy średnie cukinie

- dwa do trzech świeżych pomidorów, obranych ze skórki

- około piętnastu przekrojonych na pół pomidorków truskawkowych lub koktajlowych

- starty parmezan

- zmielony czarny pieprz.

 

 

Komentarze (4)
Z pieprzem :-)
 Oceń wpis
   

Nie ma to jak życie z pieprzem, miłość z pieprzem czy wreszcie najprostsze - last but not least - jedzenie z pieprzem. Zawsze świeżo zmielonym, o ile mielonym, bo jak wiemy, niektóre rodzaje pieprzu znakomicie prezentują się, jak i smakują, w całych ziarnach. Nigdy nie zapomnę kelnera w pewnej bardzo szacownie wyglądającej restauracji w Rzymie, który siedzącym przy jednym stole ośmiu/dziewięciu dziewczynom z polski postanowił umilić oczekiwanie  na posiłek (i był to prawdziwy show!) mieszanką startego parmezanu z oliwą oraz zmielonym świeżo pieprzem służącą oczywiście do wylizywania focaccią.

Wracając do całych ziaren pieprzu, wielkim ostatnim odkryciem był makaron z krewetkami, suszonymi pomidorami i czerwonym pieprzem oraz steki z tuńczyka smażone z zielonym pieprzem.

Wrzuciwszy moje najbardziej ukochane papardelle na osolony wrzątek, na mocno rozgrzanym oleju przesmażyłam posiekany czosnek wraz z pokrojonymi w plasterki suszonymi pomidorami. Dodałam suszone ziarna czerwonego pieprzu, wrzuciłam rozmrożone i opłukane obrane wielkie krewetki, wsypałam dwie spore szczypty tymianku. Zmieszałam odcedzony makaron w pierwszej kolejności z oliwą z pierwszego tłoczenia, w drugiej – z zawartością patelni i już! Danie gotowe w góra kwadrans  :-) a jak smakowicie i seksownie w zębach rozgryza się te czerwone ziarenka, z ich słodko-pikantną goryczą :-)

Co do steków z tuńczyka, to z pewnością kluczowa będzie tu świeżość i jakość mięska. Przyznam, że mnie się ostatnio udało nabyć znakomitą wręcz rybę, oczywiście w almie w promenadzie. Przyznam również, że kosztowała niebotyczne pieniądze, ale… warto było!

Na mocno rozgrzanym oleju przesmażyłam zielone ziarna pieprzu, tym razem z zalewy w słoiczku, w bardzo dużej ilości wraz z posiekanymi dwoma ząbkami czosnku. Bardzo grube (około 3-4 centymetrowe) steki z tuńczyka, uprzednio krótko zamarynowane w sosie sojowym z oliwą, włożyłam na patelnię i smażyłam z każdej strony góra po cztery minuty. Podałam na sałacie. Pycha! Zwłaszcza dla prawdziwych mięsożernych macho będzie to prawie polędwica wołowa ;-)

Na makaron będziemy potrzebować:

- 250 gr makaronu typu papardelle

- trzy-cztery ząbki czosnku

- kilka suszonych pomidorów

- 300 gr dużych świeżych krewetek obranych

- czerwony pieprz, tymianek, oliwa.

Na steki z tuńczyka:

- dwa grube steki z tuńczyka, każdy o wadze około 250-300 gr

- sos sojowy pół na pół z oliwą do zamarynowania

- dwie do czterech łyżek zielonego pieprzu z zalewy

- dwa ząbki czosnku

- sałata.

 



Komentarze (0)
Najlepszy makaron po... ;-)
 Oceń wpis
   

Bardzo często głód łapie nas nagle, niespodziewanie i zdecydowanie gołym, choć nie tylko, okiem widać, że nie jest małym głodem do zabicia przy pomocy ‘danio’. I mimo iż z reguły OCZYWIŚCIE przygotowani jesteśmy na wszelkie scenariusze planowanego tete-a-tete, wydaje się, że mało kto z nas przewiduje, że ‘po papierosie’ nastąpi konstatacja ‘głodny/a jestem jak wilk!’ której to za podkład muzyczny służyć będzie donośne burczenie sprawiedliwie zdyszanych brzuszków ;-)

Wobec nie zaprowiantowania uprzednio lodówki wybory ograniczają się do korzystania z żelaznej rezerwy. Zawsze liczyć można w tak romantycznej chwili na Włochów i ich makarony, z kultowym aglio olio na czele.

Moim zdaniem wręcz fantastycznie sprawdzi się makaron ze szpinakiem i suszonymi pomidorami, z powodu dostępności produktów (o każdej porze każdego dnia i nocy w zamrażarce naszej lodówki mieć możemy szpinak, zwłaszcza pięknie porcjowany w kształcie serduszek – w końcu warto dać pretekst drugiej stronie do wygłoszenia deklaracji uczuć ;-) i bardzo szybkiego czasu przygotowania potrawy.

Wrzucamy na wrzątek makaron, w typie jaki uwielbiamy najbardziej lub… który znaleźliśmy w przepastnych szufladach naszej kuchni. Siekamy trzy ząbki czosnku, przesmażamy wraz z posiekanymi kilkoma suszonymi pomidorami i dokładamy 7-9 serduszek zamrożonego szpinaku, podlewamy odrobiną wytrawnego białego wina, przykrywamy. Po kilku minutach duszenia obficie pieprzymy świeżo zmielonym pieprzem, solimy odrobinę.

Dodajemy w zależności od zawartości lodówki: kubeczek śmietany rozmieszanej z płaską łyżeczką mąki z grubego przemiału, opakowanie lub dwa serka topionego, małe opakowanie lightowego serka wiejskiego.

Odcedzamy makaron, mieszamy z sosem, jeśli mamy, podajemy posypany startym parmezanem oraz świeżo zmielonym pieprzem. Jeśli w trakcie gotowania uznamy, co się zdarza ;-), że być może jednak to nie koniec nocy, proponuję do sosu trzy minuty po wrzuceniu czosnku dorzucić płaską łyżeczkę peperoncino. Nie to żebyśmy wątpili w naszą Randkę! Ale dopomóc szczęściu nigdy nie zaszkodzi :-)

Potrzebujemy:

- makaron, jeśli mamy wybór, znakomicie sprawdzą się papardelle, ale też penne, rigatoni,

- szpinak mrożony

- trzy ząbki czosnku

- sześć – siedem połówek suszonych pomidorów

- opakowanie lightowego serka wiejskiego

- sól, pieprz

- ewentualnie parmezan.

 



Komentarze (0)
ABSOLUTne zauroczenie!
 Oceń wpis
   

 Zdarzył mi się ostatnio honor bycia jurorką w konkursie ABSOLUT Bartender of the year. Fantastyczne doświadczenie! Spróbowałam prawie dwudziestu (!!!) drinków z kategorii ‘after dinner’ – Bóg mi świadkiem, że nie jestem w ogóle specjalistą w tej dziedzinie…  Tak czy owak, odkryć było co najmniej kilka: drink wyróżniony, czyli super wytrawny smak i kwiat w ozdobie, róża w kieliszku i róża w smaku i zapachu (ABSOLUTne odkrycie!) oraz last but not least miodowo-śmietankowy zwycięzca! Wszystkie w swoim składzie zawierały doskonałej jakości wódkę ABSOLUT, co w oczywisty sposób sprowokowało bardzo wiele skojarzeń.

Po pierwsze, to szwedzka wódka, a co za tym idzie szwedzka IKEA, szwedzka prostota, szwedzki łosoś. Co w mojej  głowie wywołuje natychmiastowe skojarzenie z sosem z łososiem, wódką i kawiorem. Po drugie, wódka, czyli destylat. Są tacy, którzy twierdzą, że historia współczesnej ludzkości rozpoczęła się wraz z pozyskaniem wiedzy, jak go uzyskać.
 
Czy wszyscy wiedzą, że wódeczka wywodzi się z Polski? Nawet w encyklopediach o tym piszą  Bywa lekiem, również na całe zło   Bywa cudowną rozrywką. Bywa niezastąpionym składnikiem potraw. I właśnie o takim przypadku poniżej.
Makaron z sosem. Cóż może być prostszego? Otóż, gwarantuję, że po takim makaronie z pewnością nikt nie pozostanie obojętny!
 
Siekamy bardzo drobno dwie cebule oraz cztery ząbki czosnku. Kroimy w całkiem spore kawałki marynowanego (skandynawskiego gravlaxa) lub wędzonego łososia.
W dużym garnku wrzucamy na osolony wrzątek makron typu tagliatelle lub papardelle.
Na patelni obok szklimy cebulę, dorzucamy czosnek oraz łososia. Zalewamy setką wódki, podpalamy, jeśli mamy wystarczająco dużo odwagi, lub odparowujemy.
 
Mieszamy. Kubeczek tłustej śmietany hartujemy szczyptą soli i szczyptą mąki razowej oraz łyżką sosu z patelni. Dolewamy do garnka z łososiem. Pieprzymy. Zagotowujemy.
Makaron mieszamy z sosem, podajemy udekorowany czarnym kawiorem. Smakuje ABSOLUTnie 
 
Czego potrzebujemy?
 
- paczkę papardelle lub tagliatelle
 
- dwie małe cebulki
 
- cztery ząbki czosnku
 
- 400 gr łososia marynowanego lub wędzonego
 
- prawie setka wódki czystej
 
- kubeczek tłustej śmietany
 
- sól, pieprz, mąka
 
- czarny kawior.
 
 
Komentarze (0)
Najpiękniejsza kosmopolitka.
 Oceń wpis
   

W dzisiejszej ‘gazecie’ (z 10 lipca) napisali, że większość z nas, Polaków, jest za parytetem względem płci, w przeciwieństwie do… obecnej minister ds. równego statusu kobiet http://wyborcza.pl/1,75478,6807518,Narod_za_kobietami.html .  Ot, co! Świat staje na głowie, można by rzec. Ja powiem: jestem z nas dumna! Jesteśmy mądrzejszym i bardziej świadomym społeczeństwem niż komukolwiek z nas oraz nich, czyli tych bardziej przy władzy, by się wydawało.

Więc na fali mojego buchającego właśnie patriotyzmu, będzie o kolejnym polskim specjale, czyli szynce. Temat rzeka. Bardzo męski. Moja ostatnia przygoda z szynką spektakularnie rozegrała się w odsłonie krajobrazu mazurskiego w towarzystwie pięknych kobiet i bardzo męskich mężczyzn, z których jeden uwędził, a inny przygotował do bezpośredniego spożycia naprawdę filmowy kawał szynki.

Heros Kwiatek i jego łup !

Obecni spożywali grube na półtora centymetra plastry ciepłej szynki używając w tym celu wyłącznie dłoni, które post fatum dobitnie zaświadczały o soczystości mięsa. Nie muszę dodawać, że towarzyszący mi pies Mister kompletnie oszalał :-) Szynka okazała się być kosmopolitką, ponieważ, ku zdumieniu, starannie wyselekcjonowana przyjechała ze stolicy i dopiero na miejscu - in the middle of nowhere mazurskiej głuszy - nabrała swojskiego charakteru i soczystej krzepy.

 (to jest krzepka szyneczka !!!)

Przypomniała mi ona nagle o sosie Alfredo, o którym już wiele tygodni temu miałam napisać i … trochę zapomniałam. Być może musiał on poczekać na mazurskie olśnienia. Kiedyś czytałam, że sos ów genezę swoją ma w kapryśnej naturze kobiety z jednej strony, a wielkiej miłości z drugiej. Otóż ponoć tytułowy Włoch Alfredo głowił srodze się nad przypadłością swojej żony, która była… niejadkiem straszliwym. Toteż żeby zachęcić ją do spożywania bądź co bądź narodowego specjału, sporządził sos do pasty w oparciu o masło, śmietankę i parmezan. Dziś wariacji na temat takiego sosu z pewnością są dziesiątki.

Moja wzięła się ze szczególnego ostatnio zamiłowania mojej ukochanej Zuźki do spożywania makaronów z sosem białym. W odpowiedzi więc, wrzuciwszy już na wrzątek makaron (kształt dowolny, ale raczej z większą powierzchnią do oblepiania) na maśle przesmażyłam drobno posiekany czosnek wraz z pokrojoną w dość drobne paski szynką (i cały czas żałuję, że wówczas nie byłam w posiadaniu tej warszawsko-mazurskiej charakternej dziewuchy!). Kiedy już bardzo zapachniało, dorzuciłam zielony groszek i wlałam śmietanę (zawsze tłustą, wymieszaną ze szczyptą soli i szczyptą mąki razowej), zagotowałam. Popierzyłam, ze względu na obecność szynki nie soliłam. Dorzuciłam garść startego parmezanu, zamieszałam żeby się rozpuścił.

Ugotowany al dente i odcedzony makaron wrzuciłam do sosu, zamieszałam. Na stole obok talerza z daniem, podałam również drobno starty parmezan, do posypania już samodzielnie. Zdaniem Zuźki, której to małe święto obchodziliśmy, a także towarzyszącej jej Luli i Mary, danie okazało się być strzałem w dziesiątkę, mnie pozostaje dodać - polecam! Zwłaszcza, kiedy na naszej drodze spotkamy wszelkiej maści niejadków, również tych emocjonalnych  ;-))) 

Potrzebujemy:

- paczkę dobrego makaronu

- masło, pieprz

- cztery ząbki czosnku

- sześć grubszych i większych plastrów szynki

- puszka zielonego groszku

- kubeczek tłustej śmietany

- szczypta soli, szczypta mąki razowej

- opakowanie parmezanu

 

Komentarze (0)
Sos a'la St. Christina ;-)
 Oceń wpis
   

Jestem wielką fanką nart, w ubiegłym roku niestety udało mi spędzić rozkoszując się tą rozrywką jedynie dwa (!) dni, ale za to po raz pierwszy zimowo we Włoszech. Pięknie ośnieżone słoneczne stoki zachwyciły mnie bosko swobodną, zwłaszcza w porównaniu z obłaskawionymi od lat francuskimi, i nieprzyzwoicie zabawową atmosferą luzu ponad europejską miarę. Jak dotąd tylko tam widziałam smakowicie roznegliżowane blond (!) choć nie tylko wspaniale przez naturę obdarzone piękności wijące się w środku dnia wokół rurek wprost na barze zlokalizowanym wysoko na stoku – żyć nie umierać – tylko Włosi tak cudownie potrafią uprawiać dolce vita oraz dolce far niente :-)

Między innymi rozpieszczałam się tam specjalnościami cucina (wspomnienie pizzy z truflami do dziś powoduje natychmiastowy głód nie do opanowania) oraz oczywiście przepysznymi winami. Jednak przyjazd mój został również zaanonsowany kulinarnie i tak miałam przyjemność gotować dla osób bliskich mojemu bratu, które pochwaliły kolację wówczas, co zawsze jest ogromną radością oraz jak się okazało pamiętają do dziś, co oczywiście powoduje że puchnę z radości, dumy, a także wzruszam się zupełnie nieprzyzwoicie ;-)

A więc prosty i szybki sposób na makaron z sosem z tuńczyka, ze względu na powszechną dostępność jego składników, do ugotowania praktycznie zawsze i wszędzie. Dla dwóch osób potrzebować będziemy czterech – pięciu dużych pomidorów, które po błyskawicznym wykąpaniu we wrzątku obieramy i patroszymy z mokrych wnętrz, siekamy niezbyt drobno. Siekamy również dwie małe cebule oraz dwa ząbki czosnku, szklimy przez kilka minut, dolewamy pół szklanki wytrawnego białego wina, które lekko odparowujemy. Dodajemy pomidory i smażymy kwadrans albo i dwa, w zależności czy lubimy w sosie czuć konsystencję warzyw czy raczej preferujemy gładką sosową masę. W między czasie lekko solimy, bardzo mocno pieprzymy, dosypujemy małą garść suszonych ziół (do wyboru albo w zespole: bazylia, oregano, zioła prowansalskie). Na finiszu dokładamy zawartość puszki z tuńczykiem (niestety sprawdza się tu raczej zasada, że jeśli mamy w sklepie do wyboru – wybieramy droższy, raczej na pewno będzie lepszy, a w przypadku tego sosu jakość z pewnością będzie miała znaczenie). I na koniec dodajemy posiekane w krążki, ale niezbyt drobno, czarne oliwki oraz pokruszony ser feta (można zastąpić go śmietaną, jeśli ktoś woli).

Ugotowany al dente makron rodzaju dowolnego, czyli najbardziej ulubionego, polewamy sosem i gotowe. Jeśli akurat mamy pod ręką, fajnie zrobi mu udekorowanie świeżą bazylią. Kto wie, po takiej solidnej i zdrowej kolacji, to może nawet gustom i oczekiwaniom rozpasanej włoskiej Lalki ze stoku uda się podołać ;-)))

Czego potrzebujemy:

- puszka tuńczyka

- cztery-pięć dużych pomidorów

- dwie cebulki

- dwa ząbki czosnku

- pół szklanki wina

- opakowanie sera feta

- sól, pieprz, zioła.

 

 

Komentarze (0)